Przejdź na stronę główną Interia.pl

Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

Cała prawda o Irenie Jarockiej

Marian Zacharewicz, były mąż Ireny Jarockiej, opowiada o kulisach rozstania z piosenkarką. „Serce bolało” - wyznaje.

Byli małżeństwem przez jedenaście lat. Poznali się w Radiowym Studiu Piosenki - to on przedstawił ją Sewerynowi Krajewskiemu, który napisał dla niej przebój "Gondolierzy znad Wisły".

Reklama

Rok po sukcesie na festiwalu w Opolu (1968) otrzymała stypendium (na niewiele wystarczało) i wyjechała na trzy lata do Paryża. To był czas walki o przetrwanie.

By uczyć się śpiewu, dykcji, ruchu scenicznego, tańca i makijażu, musiała pracować. Wątły organizm nie wytrzymał tych obciążeń. Niezaleczona angina skończyła się polipami na strunach głosowych. Konieczna była operacja. Do tego doszło załamanie psychiczne i myśli samobójcze.

Z beznadziei wyciągnął ją kochający Marian Zacharewicz. Przyjechał do niej do Paryża z gotową piosenką "Wymyśliłam cię" i wizją świetlanej kariery w kraju. Po części jego proroctwo się spełniło. W 1972 roku zostali małżeństwem, a kariera ruszyła z kopyta. Kolejne piosenki zostawały przebojami - "Kawiarenki", "Motylem jestem", "Śpiewam pod gołym niebem". Małżonkowie zjeździli dużym fiatem całą Polskę.

"Bywało, że dawaliśmy dwa koncerty dziennie" - wspomina w rozmowie z "Rewią" Marian Zacharewicz. "Byłem szczęśliwy. Nie przeszkadzało mi, że jestem w jednej osobie kierowcą, tragarzem, konferansjerem, menedżerem, kompozytorem i akompaniatorem gwiazdy. To były inne czasy niż teraz. A honoraria za występy nie zawsze wystarczały nawet na sukienki dla Irenki. Ale nikt na to nie patrzył. Ważne było, że publiczność ją kocha, że chce jej słuchać. A Irenka nie miała w sobie nic z wyniosłej gwiazdy. Była skromna, każdego szanowała, każdemu dała autograf, z każdym zamieniła kilka słów, odpowiadała na listy".

W latach 70. Jarocka otrzymała propozycję wyjazdu na stałe do RFN. Nie skorzystała jednak... "Mieliśmy na tamtym rynku piosenkę 'Junge Liebe', młoda miłość. Irena Jarova (to był jej pseudonim) wygrała nią program 'Tip Talent'. Dostała ofertę za pensję 4-5 tysięcy marek miesięcznie. W Polsce to była góra pieniędzy. Wystarczyło zostać tam na stałe. Irenka nie skusiła się" - wspomina Zacharewicz.

Praca pochłaniała ich bez reszty i oddalała od siebie. Aż wydarzył się wypadek... Irena Jarocka z przyjacielem, poznanym w czasie tournée w Leningradzie naukowcem Michałem Sobolewskim, jechała maluchem. Na warszawskiej ulicy Anielewicza wpadł na nich inny samochód. Oboje zostali ranni. Pani Irena była mocniej poturbowana. Przez przednią szybę wypadła z samochodu. W szpitalu odwiedzali ją i mąż, i pan Michał. Odwiedziny tego drugiego były dla niej droższe...

"Jedenaście lat byliśmy razem" - opowiada "Rewii" Marian Zacharewicz. "Rozstaliśmy się w 1978 roku. W przyjaźni, choć serce bolało. I ta przyjaźń przetrwała. Od Michała Sobolewskiego otrzymałem wtedy propozycję, by dalej być menedżerem Irenki, ale była to propozycja dla mnie nie do przyjęcia. Dziś mogę powiedzieć, że tamte nasze wspólne lata to był najlepszy okres w karierze Irenki. Nigdy później nie udało jej się nagrać już takich przebojów. Zabrakło jej dobrego menedżera" - uważa.

W roku 1982 na świat przyszła jej jedyna córka Monika. Potem był ślub z Michałem Sobolewskim. A kariera przystopowała. Nie pomagał jej na pewno stan wojenny i lata, które po nim nastąpiły. W 1989 roku cała rodzina wyjechała do USA. Swoje życie pani Irena podporządkowała mężowi i jego pracy.

"Z punktu widzenia jej kariery był to błąd" - uważa Zacharewicz. "Opuszczała kraj, w którym miała swoją publiczność. Jej piosenki się przecież nie starzały...".

Dla niej też nie było to łatwe. Czuła się samotna, bywało, że traciła poczucie sensu. Od czasu do czasu wracała. Potrzebowała kontaktu z publicznością. "To ją uskrzydlało" - wspomina Maria Szabłowska, autorka Wideoteki Dorosłego Człowieka. "Była niezwykle serdeczna. Zapytała mnie na przykład, czy nie potrzeba czegoś ze Stanów mojej córce, która była w wieku jej Moniki, a przecież mogła tego w ogóle nie zauważyć. Imponowała nam swoim zdrowym sposobem życia. I tak sama piekła w domu chleb, dbając o to, by miał ziarna słonecznika, siemię lniane".

Podkreślała, jak bardzo w życiu liczą się małe rzeczy. Tak też zatytułowała swoją przedostatnią płytę. Niecały rok temu została babcią. Była z tego powodu bardzo szczęśliwa. Miała wiele planów. Wierzyła w swoją pomyślną gwiazdę. "Przecież nie mogę chorować!" - powtarzała. Zmarła 21 stycznia.

MW

(5/2012)

Dowiedz się więcej na temat: Irena Jarocka

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje