Przejdź na stronę główną Interia.pl

Beata Tyszkiewicz szczerze o śmierci matki: "Nie trzymałam jej nawet za rękę! Niewybaczalne"

Trzy razy wychodziła za mąż i trzy razy się rozwodziła. Przeżyła chwile grozy, gdy została rozdzielona z córkami. Jednak Beata Tyszkiewicz (79 l.) najbardziej cierpiała po śmierci matki. Nie mogła sobie wybaczyć swojego zachowania w chwili, gdy odchodziła.

- Nigdy nie próbowałam polegać na mężczyznach. Zawsze z moimi mężami było tak samo: wielki wybuch miłości, euforia, a później wszystko zmieniało się w zwykłą codzienność. Małżeństwo powinno otwierać ludzi na świat, a nie uzależniać ich od siebie - wyznała Beata Tyszkiewicz. 

Reklama

Choć do dziś zachowała pogodę ducha, życie nie raz dało jej w kość.Ciężkie wojenne losy, dzieciństwo bez ojca, utracona miłość i samotne macierzyństwo. Urodziła się w pałacu w Wilanowie, który należał do krewnych jej rodziców. Sielskie dzieciństwo przerwała wojna. 

W sierpniu 1944 r. Niemcy rozstrzelali dziadka Józefa, a babcia Irena, matka jej ojca, cudem uszła z życiem. 1 sierpnia 1944 r. Beata i jej młodszy o cztery lata brat Krzysztof zostali rozłączeni z rodzicami. Ojciec, hrabia Krzysztof Tyszkiewicz, walczył w powstaniu. 

- Mama pojechała oddać moje buciki do szewca, już nie wróciła, bo Wilanów został odcięty od miasta - wspominała aktorka w książce "Nie wszystko na sprzedaż". 

Do rodziny wkrótce dotarła tragiczna wiadomość, że Barbara Tyszkiewicz zginęła. Informacji nie przekazano Beacie i Krzysiowi. Sześciolatka co dzień modliła się o powrót rodzicielki i jej prośby zostały wysłuchane. Barbarę z obozu w Pruszkowie, do które go trafiła, wyciągnął szkolny kolega. Udało jej się wrócić do dzieci. 

Ojciec aktorki po upadku powstania trafił do niewoli, a po wojnie osiadł w Anglii. Z córką spotkał się dopiero trzydzieści lat później... 

Mała Beata marzyła żeby pracować w cyrku i tańczyć na linie. Gdy miała 15 lat do jej szkoły zawitał asystent reżysera, szukający dziewczynki do roli panienki z dworku szlacheckiego. Hrabianka Tyszkiewiczówna pasowała jak ulał,więc została Klarą w "Zemście". 

- Udział w filmie miał też swoje przykre konsekwencje. Na mojej cenzurze było aż jedenaście dwój, nawet z zachowania za nieobecności - wspominała w swojej książce. 

Musiała zmienić szkołę. Trafiła do Gimnazjum Sióstr Niepokalanek w Szymanowie, gdzie dotrwała do matury, której jednak nie zdała. 

- Byłam zaskoczona i rozczarowana. Bardziej zła aniżeli nieszczęśliwa. Wybierałam się przecież do Krakowa na studia weterynaryjne - wspominała oblany egzamin z języka polskiego. 

Nieoczekiwanie otworzyły się jednak dla niej inne drzwi. Reżyser Antoni Bohdziewicz, którego poznała na planie "Zemsty", namówił ją, aby zdawała do szkoły teatralnej. Okazało się, że jest to możliwe nawet bez matury, po otrzymaniu zezwolenia z Ministerstwa Kultury i Sztuki. Beata dostała się na studia, a następnie zdała egzamin dojrzałości, do którego przystąpiła wraz z milicjantami z Komendy Głównej MO. 

- Był bardzo prosty, nie tylko znaliśmy tematy, ale otrzymaliśmy też na nie odpowiedzi - zdradziła. 

Jednak jej kariera na studiach nie trwała długo. Ze szkoły wyrzucił ją rektor Jan Kreczmar. Beata złamała zakaz obowiązujący studentów pierwszego roku, którym nie wolno było nigdzie grać. A ona, chcąc zarobić na swoje wydatki, występowała w telewizji, reklamując maseczki kosmetyczne.

Dwa lata później spotkała Kreczmara na planie filmu "Lalka", grał jej ojca. - Nawet nie wie pan, panie rektorze, jaka jestem wdzięczna. Gdyby nie pańska decyzja, nie siedzielibyśmy razem w tym powozie - oznajmiła. 

W miłości też miewała wzloty i upadki. Miała 18 lat, gdy zakochała się w architekcie Jacku Padlewskim, który odrzucił jej zaloty i dopiero po latach został jej mężem. Łasy na wdzięki młodziutkiej blondynki okazał się za to starszy od niej o 12 lat Andrzej Wajda (†90 l.). Poznali się w 1961 r., gdy Beata grała epizod w jego filmie "Samson". 

Ale romans rozpoczął się dopiero na planie "Popiołów". - Filmowe spotkanie narodziło między nami miłość. Zdecydowaliśmy się z Andrzejem założyć dom - opowiadała. 

Sytuację komplikowało jednak to, że Wajda był mężem malarki Zofii Żuchowskiej. Choć kochał Beatę, nie spieszył się z rozwodem. Dopiero, gdy okazało się, że Tyszkiewicz jest w ciąży, rozstał się z żoną. Stan błogosławiony okazał się jednak bardzo trudnym momentem. 

- Z powodu zatrucia ciążowego ważyłam ponad 80 kilogramów, pojawiło się wysokie ciśnienie i byłam cała opuchnięta. Musiałam się położyć w szpitalu na długo przed rozwiązaniem - zdradziła. 

Na tym nie skończyły się kłopoty. Karolina przyszła na świat jako wcześniak w marcu 1967 r. Ważyła zaledwie 1840 gramów, więc trafiła do inkubatora. Gdy miała dwa miesiące, Beata wyszła za Andrzeja. Ale jesienią dwa lata później, byli już po rozwodzie. 

Małżeństwo Beaty starała się uratować jej mama, która uwielbiała Wajdę. Jednak córka jej nie słuchała. - Przeżyliśmy razem pięć lat. On był nadzwyczajnie delikatny, czuły, ale ja byłam za młoda, aby to docenić. Wytrąciłam go ze spokoju, zawiodłam - podsumowała aktorka. 

Drugim mężem Beaty został młody reżyser Witold Orzechowski. - Uczucie do niego pozwoliło mi wytłumaczyć przed samą sobą rozstanie z Andrzejem. Nim się obejrzałam, Witek wprowadził się do mnie - mówiła. I dodawała: "Małżeństwo z nim było jednak przypadkowe, nieprawdziwe. Któregoś dnia po prostu nie chciałam go już więcej widzieć". 

Przetrwali razem siedem lat. Kiedy w lutym 1977 r. spotkali się na rozprawie rozwodowej, aktorka była już w ciąży. Ojcem jej drugiego dziecka i trzecim mężem został dawny ukochany Jacek. Gdy ona przeżywała kryzys małżeński, on właśnie wrócił z Francji. 

- Miałam 38 lat, kiedy wyszłam po raz trzeci za mąż. Wcześniej urodziła się nam Wiktoria, córeczka, której obydwoje pragnęliśmy. Zmieniło się moje życie. Z Jackiem zamieszkałam w Marsylii. Tam tęskniłam za Polską, a w Warszawie za Marsylią - wspominała. 

Wybuch stanu wojennego zastał ją we Francji. Przeżyła wtedy chwile grozy. Jej córki i mama zostały w Polsce. Z telewizji dowiedziała się, że Wajda został internowany, a to pod jego opieką zostawiła małą Karolinę. Wtedy nie wiedziała, że wobec reżysera zastosowano jedynie areszt domowy. - Odchodziłam od zmysłów - wspominała. 

W końcu udało jej się załatwić paszporty dla córek i ściągnąć je do siebie. Była szczęśliwa. Jednak ten stan nie trwał długo, bo rozpadło się jej trzecie małżeństwo.

- Nigdy nie prowokowałam zmian, ale w momencie, gdy wypalał się związek, uciekałam. Nawet dzieci nie były usprawiedliwieniem dla pozostania w związku, który mnie nie wypełniał. Nie wchodziły w grę żadne kompromisy. Sto procent albo nic - mówiła. 

Jednak największym życiowym dramatem okazała się śmierć ukochanej mamy. Beata nigdy nie zapomni tego dnia. 

- Jednej rzeczy nie mogę sobie darować w życiu. Kiedy wiedziałam, że nadeszła ta najstraszniejsza chwila, stałam objęta z moim bratem obok jej posłania. Bałam się, bałam się tak, że nie trzymałam jej w ramionach, nie trzymałam jej nawet za rękę! Niewybaczalne. Ale tak się bałam, jakbym miała obawę, że zabierze mnie ze sobą. A ja miałam dzieci - wyznała ze skruchą w swojej książce. 

Aktorka też miewała kłopoty zdrowotne. Kilkanaście lat temu schudła, ważyła tylko 51 kilogramów. Jeden z lekarzy zawyrokował, że to może być rak trzustki. Kiedy było tak źle, że Beata nie podnosiła się z łóżka, życie uratował jej profesor Witold Bartnik, który stwierdził, że to nie nowotwór, a uczulenie na gluten. 

Dieta przywróciła ją do życia, ale problemy zdrowotne znów powróciły. W maju 2017 r. gwiazda trafiła do szpitala z zawałem serca. W trudnych chwilach wspierały ją córki. - Starałam się im wpoić honor, zaufanie i lojalność. Chciałam dać im jak najwięcej wolności w życiu. Mam nadzieję, że mi się to udało - powiedziała.

***
Zobacz więcej materiałów:

Dowiedz się więcej na temat: Beata Tyszkiewicz

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje