Przejdź na stronę główną Interia.pl

Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

Barbara Bursztynowicz: Mój wybór był trafny

Niedawno obchodziła z mężem 38. rocznicę ślubu. Do pełni szczęścia brakuje jej tylko wnuków.

Mam w sobie sporo góralskiej zadziorności, hardości i stanowczości - mówi Barbara Bursztynowicz (61 l.). Chętnie wraca w rodzinne strony, by wędrować po górach.

Reklama

Ile Barbary Bursztynowicz jest w serialowej Elżbiecie?

- Jestem związana z tą postacią od 18 lat. Oddałam jej wiele swoich cech, nawyków, własną fizyczność, sposób bycia i przede wszystkim wrażliwość. Ale to postać fikcyjna, której losy, na szczęście, dalekie są od moich. Trochę jej tylko zazdroszczę wnuków, ja jeszcze się nie doczekałam. Poza tym nigdy bym się z nią nie zamieniła na życie.

Dlaczego?

- Moje jest chyba prostsze, bardziej poukładane. Z naszą córką, Małgosią, nigdy nie mieliśmy i nie mamy takich przejść, jak Chojniccy z dziećmi. A i moje małżeństwo jest oazą spokoju w porównaniu z tym, co zafundował w serialu mąż mej bohaterce, ciągle przyprawiając jej rogi. Ja, szczęśliwie, nigdy nie poczułam, jak to jest być zdradzaną żoną.

Rzadko która kobieta może to o sobie powiedzieć, zwłaszcza wśród artystów.

- Podobnie myślał ksiądz w mojej parafii w Bielsku-Białej, skąd pochodzę, który nie chciał nam dać pozwolenia na ślub, twierdząc, że artyści biorą go tylko po to, by mieć efektowną ceremonię. Potem przepraszał i dał zezwolenie. Ślub wzięliśmy w Warszawie w kościele Wizytek. Udzielał go ksiądz-poeta, Jan Twardowski!

Może to właśnie przyniosło państwu szczęście?

- Kto wie? A może to, że wybraliśmy sobie miesiąc z literką "r", choć ja nie wierzę w takie przesądy. Był to październik 1977 roku, niedawno minęło 38 lat, szmat czasu! Oboje z mężem nie pamiętamy na co dzień tej daty, ale nasi przyjaciele, którzy brali ślub w tym samym czasie co my, przypominają nam o tym, więc świętujemy razem.

Po ślubie zamieszkali państwo z teściową?

- To nigdy nie jest dobre rozwiązanie. Młodzi powinni być osobno, ale jakoś przetrwaliśmy. Teściowa była szalenie apodyktyczna, wymagająca i trudna we wspólnym życiu. A jednocześnie obdarzona ciekawą osobowością, nie nudziliśmy się z nią! Nazywała się Jadwiga Lachetówna-Bursztynowicz i była wybitną śpiewaczką operową. Po wojnie występowała w operze w Bytomiu, tworzyli ją oboje z ojcem mego męża. Potem przenieśli się do Warszawy.

Na Saską Kępę, którą pokochała pani tak mocno, jak swoje rodzinne miasto...

- Tak, oczarowała mnie z miejsca i na lata. Niestety, teraz to się zmienia, stała się tłoczna, gwarna. Zaczarowany klimat tej dzielnicy odszedł w niepamięć, uciekamy stąd, kiedy tylko się da. Odwrotnie jest z Bielskiem Białą, gdzie zawsze chętnie wracam. Te same góry wokół, imponujące, ale przystępne, te same cudowne widoki, nieśpieszna atmosfera, jakby się czas zatrzymał w miejscu. To miasto, zwane przez niektórych "małym Wiedniem", przypomina austriacką metropolię układem urbanistycznym, zabytkami, wśród nich uroczym, XVI-wiecznym kościółkiem, w którym tak bardzo lubię pobyć, skupić się, pomodlić. Nomen omen jest to kościół pod wezwaniem świętej Barbary!

Na jej cześć nadano pani imię?

- Nie, na cześć Barbary Radziwiłłówny. Mama dużo czytała. Akurat przed mym urodzeniem poznała historię jej głośnego romansu z Zygmuntem Augustem. Moja starsza siostra zaś, na cześć ukochanej córeczki Jana Kochanowskiego, nosi imię Urszula, widać wówczas na tapecie były "Treny". Nasza mama traktowała nas jak księżniczki.

Dostrzegła księcia w panu Jacku Bursztynowiczu?

- Nie miała na to większego wpływu, bo gdy poznałam swojego przyszłego męża, ja byłam na I roku studiów, a on na III. A mama mieszkała już w Ameryce. Nawet na ślub nie mogła przyjechać, to były lata głębokiej komuny, nie wypuściliby jej z powrotem. Sama więc zdecydowałam i jak widać, mój wybór był trafny.

Ponoć nie uznaje pani zasady "przez żołądek do serca"?

Nie znoszę gotować, na szczęście mąż nie jest wymagający. Jesteśmy już w takim wieku, że musimy dbać o zdrowie, więc nie ma mowy o smażeniu, schabowy odpada. I rosół też - jestem alergikiem i wszelkie wywary są wykluczone. Raz ledwie uszłam z życiem, dusiłam się, spuchłam, okazało się, że taką reakcję wywołał właśnie rosół! Gdyby zastosować to przysłowie do mnie, to byłabym bez szans.

Dowiedz się więcej na temat: Barbara Bursztynowicz

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje