Przejdź na stronę główną Interia.pl
Przejdź na stronę główną Interia.pl

Artur Andrus: Maria Czubaszek przepowiedziała sobie śmierć?!

Artur Andrus (44 l.), wieloletni przyjaciel Marii Czubaszek (†76 l.), zdradził w szczerym wywiadzie, jak odchodziła znana artystka.

Choć chorowała od wielu lat, nie chciała o tym mówić. Spytana o to, czy boi się śmierci, zazwyczaj nawiązywała do słów jednego ze swoich ulubionych artystów, Woody'ego Allena. "Śmierci się nie boję, tylko kiedy przyjdzie, wolałabym, żeby mnie przy tym nie było" - mawiała.

Reklama

Artur Andrus był jednym z jej najbliższych przyjaciół. Choć na początku ich znajomości nic nie zapowiadało, że zdołają się do siebie tak bardzo zbliżyć, to podczas pracy nad dwiema książkami nawiązała się między nimi niesamowita więź. Doszło do tego, że Czubaszek zaczęła traktować Andrusa jak syna, którego nigdy nie miała.

Satyryk był przyjacielem domu, dlatego to właśnie on wygłosił wzruszające przemówienie na pogrzebie artystki. Andrus udzielił również obszernego wywiadu dla jednego z kolorowych magazynów. Satyryk w szczerej rozmowie z Krystyną Pytlakowską opowiedział nie tylko o tym, jaka była Maria Czubaszek. Wspomniał również o tym, jak żegnała się ze światem.

Okazuje się, że Maria Czubaszek "wymarzyła sobie śmierć". Artystka od zawsze powtarzała, że chciałabym odejść po cichu, bez bólu - najlepiej w śnie. I tak się też stało. 

"Chciała, żeby to odbyło się szybko i bezboleśnie, a najlepiej we śnie, i żeby nikomu nie sprawić swoją śmiercią kłopotów. Nie byłaby więc zaskoczona, że tak właśnie się stało. Zaskoczeni byli ci, co zostali. Ja i jeszcze paru innych znajomych. Karolak nawet bardzo..." - zdradził satyryk.

Artur Andrus opowiedział również o wzruszającej rozmowie telefonicznej z Wojciechem Karolakiem, tuż po śmierci Czubaszek. Małżeństwo od zawsze było nierozłączne. Choć nie lubili mówić o swoich uczuciach wiadomo było, że kochają się mocno i prawdziwie. Nazywali się czule "zającami". Dlatego dla Karolaka odejście ukochanej żony było ciosem, który trudno przyjąć.

"Kiedy usłyszałem od Wojtka, że Marysia nie żyje, powiedziałem: 'Zając, trzymaj się jakoś'. A on na to: 'Nie wiem, czy jestem jeszcze zającem, bo zające były zawsze dwa'. I usłyszałem w nim skrzywdzone dziecko. Oni dla siebie byli właśnie takimi dziećmi, które odnalazły się w tej samej bajce i szły przez życie, trzymając się za łapki" - zapewnia Andrus na łamach dwutygodnika.

(TVN24/x-news)

Dowiedz się więcej na temat: Artur Andrus | Maria Czubaszek

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje