Przejdź na stronę główną Interia.pl
Przejdź na stronę główną Interia.pl

Anna Rusowicz: Wszystko dla mojego synka!

Przez dziesięć lat starali się z mężem o dziecko. Ania Rusowicz (34 l.) leczyła się, płakała, złościła, wątpiła. Gdy już odpuścili, okazało się, że nosi pod sercem upragnione maleństwo.

Rok temu, tuż przed Wigilią, Ania Rusowicz szykowała sałatkę ze śledzi. Choć nie miała powodów do nerwów, tego dnia była wyjątkowo drażliwa. 

Reklama

Jej męża, Huberta Gasiulę, coś tknęło. Pobiegł do apteki po test ciążowy. Chwilę potem usłyszał z łazienki szloch. Wystraszył się. Płakała ze szczęścia. Piękniejszego prezentu na święta wymarzyć sobie nie mogła.

Dziesięć lat starali się z ukochanym o dziecko. Przeszli drogę przez mękę. Nie była na nią przygotowana, choć jako młoda dziewczyna dowiedziała się, że z macierzyństwem w jej przypadku może być krucho.

Na jej przypadłość, policyscystyczną budowę jajników, nie było skutecznej kuracji i słowa specjalisty brzmiały jak wyrok.

Zwłaszcza że czarny scenariusz powoli się sprawdzał. Po ślubie z perkusistą z zespołu „Wilki” zapragnęli zostać rodzicami.

Odwiedzała kolejne gabinety, zmieniała kliniki, przechodziła terapie hormonalne. Bez efektów.

"To był ogromny stres, porównywalny do sytuacji, gdy umiera nam ktoś bliski, pojawia się choroba lub tracimy pracę" – opowiada "Dobremu Tygodniowi" piosenkarka. 

Bywało, że patrzyła na swoje odbicie w lustrze i zastanawiała się, co z niej za kobieta, skoro nie może urodzić dziecka. Komentarze innych, że „wraz z mężem byliby wspaniałymi rodzicami” pogłębiały tylko rany. Wreszcie dali za wygraną. Postanowili skupić się na sobie, żyć ciekawie we dwoje. 

Zamieszkali w Szklarskiej Porębie, gdzie mogli oddawać się drugiej, po muzyce, pasji – jeździe na snowboardzie.

I właśnie tam, równo rok temu, okazało się, że Ania nosi pod sercem maleństwo. Zalała ją fala szczęścia. Po czasie euforii przyszedł jednak niepokój. Martwiła się, czy się sprawdzi, czy będzie dobrą matką? Kogo będzie w opiece nad dzieckiem naśladować, skoro sama wychowywała się bez mamy. Ada Rusowicz, zginęła w wypadku, gdy Ania miała siedem lat. Z wspólnego dzieciństwa zostały jej tylko pojedyncze obrazy. 

Pamięta zwłaszcza chwilę, gdy wraz ze starszym o 6 lat bratem i babcią czekali na powrót rodziców. Po wejściu ojciec powiedział, że mieli wypadek i mama jest w szpitalu. Jeszcze wtedy Ania wierzyła, że wróci. U babci i cioci w Dzieżgoniu koło Malborka miała pobyć chwilę – została na stałe.

Z czasem do cioci Krystyny zaczęła mówić „mamo”, a do wujka „tato”. Kochali ją z całego serca, a mimo to czuła się wybrakowana, gorsza. Ciężko jej było podnieść się po śmierci mamy, czuła się porzucona przez ojca.

"Na Dzień Matki dzieci malowały laurki, a jak pokolorowałam kartkę na czarno" – wspomina. 

By się z tego otrząsnąć, poszła na studia psychologiczne. Zdecydowała się na nie, gdy poznała rodziców Huberta – psychologów. 

Dowiedziała się wtedy, że w życiu człowieka najważniejsza jest obecność matki i ojca do siódmego roku życia. Bo właśnie do tego wieku zdobywa się umiejętności, które doskonali się potem przez całe życie.

"Zrozumiałam więc, że jestem kompletna. Mama dała mi miłość, poczucie bezpieczeństwa, czułość, troskę, ciepło" – wylicza artystka. 

Wspólne zabawy, przytulanie, pieszczoty matki zostały w niej już na zawsze. Mogła więc zbudować dom, związek z mężczyzną. W ciąży dbała o siebie bardziej niż zwykle. Zrezygnowała nawet z koncertów. Uznała, że hałas nie wpłynie dobrze na maleństwo.

Tytus pojawił się na świecie 16 sierpnia, dokładnie w swoje imieniny, choć imię miał wybrane wcześniej. Konieczne było cesarskie cięcie. Kiedy Ania wybudziła się po narkozie, zobaczyła intensywne spojrzenie ciemnych oczu, śniadą cerę i czarne włosy. 

"Oprzytomniałam i zdałam sobie sprawę, że to mój syn. I też się dziwi na mój widok" – uśmiecha się. 

Wtedy odmienił się jej świat. Cieszy się chwilami spędzonymi z rodziną, ze zwierzakami. Żyje tak, jakby każdy dzień był tym najważniejszym. Nie odkłada szczęścia na później. 

"Śmiejemy się z Hubertem, że synek zagubił się w drodze do nas w kosmosie i dziesięć lat krążył po odległych galaktykach zanim dotarł na ziemię" – wyznaje. 

I nie stara się być najlepszą mamą, nie zadręcza się pytaniami,czy jest idealna. Mówi tylko, że teraz jest czas dla maleństwa, on jest najważniejszy. Choć wydała nową płytę, a z tym wiążą się koncerty, nie zamierza szaleć. W chwilach zmęczenia wspomina matkę. Dziwi się, jak udawało się jej pogodzić występowanie z wychowywaniem dzieci. Już wie, że była dzielna.

"Czasem brakuje mi mamy. Wiem, że w roli babci byłaby cudowna. Czuje jednak jej opiekę. Myślę, że obie z babcią są ze mnie dumne" – podkreśla Ania.

Marzenia czasem się spełniają, a jej było trudno spełnić te najzwyklejsze i najpiękniejsze.

"Jak każda kobieta pragnęłam stabilizacji, domu, dziecka i mężczyzny, który o nas zadba" – wyznaje. 

Dziś w końcu ma poczucie, że wszystko jest na właściwym miejscu.

Dowiedz się więcej na temat: Rusowicz

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje