Przejdź na stronę główną Interia.pl

Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

Anna Dymna: To była wielka tragedia w domu aktorki. Wraz z mężem została z niczym

Wigilia roku 1977 była dla nich trudna. Od dwóch miesięcy Anna (66 l.) i Wiesław (+42 l.) Dymni byli... bezdomni. Dwa miesiące wcześniej pożar strawił ich mieszkanie na strychu kamienicy nieopodal Rynku.

Tamtego dnia po spektaklu zadzwoniła do męża, prosząc, by napuścił wodę do wanny, bo chciała wykąpać się i zmyć sceniczny makijaż we własnej łazience. Odkręcał właśnie kran, gdy w pokoju wybuchł kineskop radzieckiego telewizora. Wszystko zaczęło się palić. Własnoręcznie wykonane przez Dymnego meble, obrazy, które z taką pieczołowitością wieszali na ścianach, listy, zdjęcia, książki... Całe ich życie.

Reklama

Wiesiek był w szoku. Nie mógł znaleźć klucza, by uciec z mieszkania. Dopiero Anna, która jeszcze na Plantach zorientowała się, że coś złego dzieje się w ich kamienicy, otworzyła drzwi od zewnątrz. Stał w nich jej przerażony mąż, bez ubrania, bo zdarł z siebie palący się szlafrok. Otuliła go swoim płaszczem i zaprowadziła do sąsiadów, od których zadzwoniła po straż pożarną. Zostali bez niczego, tak jak stali.

Przygarnęła ich przyjaciółka, Elżbieta Karkoszka. Tam zastały ich święta Bożego Narodzenia. Wiesiek nie radził sobie z sytuacją i sięgał po alkohol. Bywał po nim agresywny, trudno było go uspokoić. Przekonali się o tym nie raz bywalcy Piwnicy pod Baranami, będący świadkami tego, jak sprowokowany Dymny wyciągał nóż i zaczynał nim grozić rozmówcy.

Anna poznała swojego przyszłego męża w niezbyt miłej sytuacji. Była wtedy wschodzącą gwiazdą kina, pięknością, na widok której panowie tracili głowy. Adorowała ją męska część ekipy filmu "Pięć i pół bladego Józka". Z jednym wyjątkiem.

Autor scenariusza, Wiesław Dymny właśnie, cały czas złośliwie komentował jej grę. Robił to z premedytacją, bo widział, że młoda dziewczyna bardzo się tym przejmowała. Nieraz schodziła z planu ze łzami w oczach. Podczas zdjęć cała ekipa filmowa mieszkała w pałacu Rydza-Śmigłego w Łącku. Kiedy nadeszła niedziela, większość aktorów i obsługi rozjechała się do domów, lecz Anna tym razem została.

Kiedy zasypiała, zbudziły ją odgłosy pijackiej imprezy na korytarzu. Nieźle wstawieni panowie tuż pod jej drzwiami grali w ping-ponga, klnąc przy tym niemiłosiernie. Delikatna dziewczyna, nieprzyzwyczajona do takich sytuacji wychyliła głowę, prosząc ich, żeby się uspokoili. Wtedy do jej pokoju wtargnął Dymny. Zaczął krzyczeć, okraszając swoją wypowiedź niezliczoną ilością przekleństw.

W Ani zawrzała krew. Spoliczkowała natręta, zamierając jednocześnie ze strachu. Nigdy wcześniej nie zdarzyło się jej uderzyć nikogo. Ale jeszcze bardziej zaskoczyło ją to, co wydarzyło się sekundę później. Dymny bez namysłu jej oddał. W efekcie aktorka wróciła do Krakowa z siniakiem pod okiem, tłumacząc wszystkim, że przewróciła się na planie.

Następnym razem, kiedy znowu jechała na plan filmu do Łącka, marzyła, żeby nie spotkać już okropnego scenarzysty. Jednak gdy pociąg zatrzymał się na peronie, od razu spostrzegła Dymnego. Stał zmarznięty z kilkoma białymi goździkami w dłoni i patrzył na nią takim wzrokiem, że od razu pocałowała go w policzek. To był zupełnie inny mężczyzna od tego, który kilka dni wcześniej ją uderzył.

Sprawiał wrażenie nieśmiałego chłopca, niemal dziecka, którym ona chciała się zaopiekować, choć było to zupełnie niezgodne ze zdrowym rozsądkiem. Starszy od niej o kilkanaście lat, żonaty jeszcze wtedy artysta, miał reputację osoby wybitnie zdolnej, ale przy tym pijaka i awanturnika, całkiem nieobliczalnego. Anna dostrzegła w nim drugą twarz - skrywaną wyjątkową wrażliwość. Do Krakowa wrócili już trzymając się za ręce, zakochani jak para nastolatków. Kilkanaście miesięcy po incydencie i po przeprosinach na peronie w Łącku wzięli ślub.

W grudniu 1977 roku, siadając do stołu, nie mogli przypuszczać, że to jest ich ostatnia wspólna wigilia w życiu. Tragedia wydarzyła się 11 lutego 1978 roku. Umówili się u Elżbiety Karkoszki na obiad. Wiesiek zajęty był remontowaniem spalonego strychu, ale obiecał, że przyjdzie. Chciał się pożegnać z żoną, która jeszcze tego dnia wyjeżdżała na plan filmowy. Jednak nie przyszedł.

Zdenerwowana Anna zaczęła do niego dzwonić. Ale telefon milczał jak zaklęty. Pobiegła do domu wiedziona złym przeczuciem. Już wchodząc po schodach miała pewność, że stało się coś złego. W kuchni znalazła leżącego na podłodze Wieśka, który nie dawał żadnych oznak życia.

Lekarz, który przyjechał karetką, podejrzewał, że mógł być to zawał. Ale przeprowadzona sekcja zwłok tego nie potwierdziła. Anna Dymna została wdową w wieku 27 lat. Do dziś powtarza, że małżeństwo to najpiękniejsze chwile jej życia, bez których nie byłaby tą kobietą, którą jest dzisiaj. Wiesiek był największą jej miłością, taką, która zdarza się tylko raz.

***

Zobacz więcej materiałów:

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje