Przejdź na stronę główną Interia.pl

Agnieszka Popielewicz-Hyży: To są sprawy bardzo prywatne

Agnieszka Popielewicz-Hyży (32 l.) udzieliła wywiadu magazynowi "Dobry Tydzień", w którym opowiedziała m.in. o rodzicach, śląskim domu, sukcesach i córce Marcie. Gdy jednak padło pytanie o kolejne dziecko, celebrytka zakończyła rozmowę.

Widzę u pani na szyi symbole chrześcijańskie. Mają dla pani znaczenie?

Reklama

- To biżuteria, która wykorzystuje motywy religijne. Prawdziwe symbole zachowuję dla siebie, prywatnie. W domu mamy różaniec poświęcony przez papieża Franciszka, który przyjechał do nas w zeszłym roku z Rzymu. Dostaliśmy go w prezencie od zaprzyjaźnionego księdza w związku ze Światowymi Dniami Młodzieży, na których mój mąż miał koncert.

Rzym to miasto, które jest dla pani chyba ogromnie ważne?

- To prawda, bardzo lubię Rzym, mamy z mężem miłe wspomnienia związane z tym miejscem z racji naszego ślubu. Pamiętam moją pierwszą wizytę w Wiecznym Mieście. Uczestniczyłam w prywatnej audiencji u naszego papieża Jana Pawła II. Będąc chyba w siódmej klasie podstawówki, zostałam laureatką konkursu Ośmiu Wspaniałych. Konkurs promował postawę społecznikowską wśród młodzieży, a ja z tej działalności byłam znana w moich rodzinnych stronach, czyli na Śląsku. Jedną z nagród była wycieczka do Włoch i spotkanie z Ojcem Świętym. Wtedy ogromne wrażenie zrobił na mnie i Jan Paweł II, i Rzym.

Pani śląski dom był...

- ... bardzo tradycyjny, wielopokoleniowy. Choć dziadkowie nie mieszkali razem z nami, ich obecność w moim życiu była duża. Spotykaliśmy się nie tylko przy okazji świąt czy imienin, ale też na niedzielne obiady, a także w tygodniu. Miałam szczęście, że tak długo mogłam się cieszyć ich bliskością. Dopiero rok temu straciłam dziadków ze strony mamy, na szczęście są jeszcze wśród nas rodzice taty, oboje mają ponad 90 lat, są w dobrej formie. Bardzo mnie to cieszy, bo dzięki temu moja córeczka mogła poznać swoich pradziadków. A oni uwielbiają, jak do nich przyjeżdża z wizytą.

Utrzymuje pani bliski kontakt z rodziną na Śląsku?

- To, że mieszkam w Warszawie, trochę to komplikuje. Częstotliwość spotkań nie jest tak intensywna, jak bym chciała. Obecność starszych pokoleń jest bardzo ważna. Można wiele dowiedzieć się o historii rodziny, o dawnych czasach. W domu kultywuję tradycję dużych spotkań. Choć jestem jedynaczką, mam sporo kuzynów, którzy pozakładali swoje rodziny. Mąż ma siostrę, więc jest nas dużo. Święta są dla mnie absolutnym priorytetem. Tak mnie wychowano.

Czego jeszcze nauczyli panią rodzice?

- Przede wszystkim tego, że rodzina to najważniejsza sfera naszego życia i należy dbać o dom. Ze sprawami zawodowymi różnie bywa, trzeba więc mieć dobry fundament. Nauczyli mnie też, że muszę być samodzielna, niezależna, umieć walczyć o swoje i że nie zawsze jest lekko. Rodzice sami przechodzili różne etapy w życiu. Nigdy mnie nie odgradzali od poważnych spraw. Szczerze ze mną rozmawiali na każdy temat i to procentuje, bo mam teraz z nimi dobry kontakt.

Wychowywali panią twardą ręką, czy też zostawiali dużo wolności?

- Miałam sporo wolności. Chociaż mama twierdzi, że byłam trzymana krótko w porównaniu do moich koleżanek. Byłam nauczona granic. Wiedziałam, że jeśli zostaną przekroczone, to będzie źle. Czasy licealne pewnie dla rodziców nie były najłatwiejsze, zaczęły się pierwsze wyjścia na imprezy. Oni zawsze musieli wiedzieć, gdzie jestem, z kim, o której i jak wrócę do domu. Z perspektywy czasu i tego, że sama jestem rodzicem, doskonale rozumiem ich postawę.

Jest pani mamą 4-letniej Marty, mąż ma dwóch synów-bliźniaków. Jakie obawy ma pani jako rodzic?

- Patrząc na to, co się dzieje na świecie, mam wiele obaw. Istnieje tyle zagrożeń. Nasze dorastanie przebiegało bez telefonów komórkowych, dostępu do internetu. Dziś bardzo łatwo utracić kontakt z dzieckiem, więc tym większe znaczenie ma kręgosłup moralny, z jakim wyjdzie się z rodzinnego domu.

Kiedyś powiedziała pani, że po narodzinach córki obudziły się w pani pokłady czułości.

- Usłyszałam takie słowa od moich bliskich. Z natury byłam zdystansowana, trochę chłodna, nie byłam zbyt wylewna. Pojawienie się dziecka zmieniło moje życie o 180 stopni, na pewno też zmieniło mnie od środka. Bliskość, czułość, okazywanie sobie uczuć stało się dla mnie normalnością.

Na co dzień jest pani chyba osobą dobrze zorganizowaną?

- Staram się, bo oprócz rodziny mam dużo różnych projektów zawodowych, telewizja, eventy, prowadzenie imprez, organizujemy targi ślubne. Logistyka bywa trudna, ale wszystko jest do ogarnięcia. Dzieci to dla mnie i męża absolutny priorytet, pod nich staramy się układać większość spraw. Są w wieku przedszkolnym, udaje się wszystko sprawnie zorganizować bez pomocy stałej niani. Od czasu do czasu wspierają nas również kochane babcie.

Czy myślicie państwo o powiększeniu rodziny?

- To są sprawy bardzo prywatne. Jeśli coś się wydarzy w naszym życiu, to radosna nowina wcześniej czy później na pewno ujrzy światło dzienne.


Rozmawiała: Ewa Modrzejewska

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje