Przejdź na stronę główną Interia.pl

Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

Adam Fidusiewicz: Musiał uśmiechać się na czerwonym dywanie, a w tle rozgrywał się dramat

Kiedy Adam Fidusiewicz (32 l.) był w trakcie promowania filmu "W pustyni i w puszczy", w życiu jego rodziny rozgrywał się prawdziwy dramat. 16-letni wówczas aktor bardzo to przeżył.

- Uczyli mnie życzliwości, empatii i szacunku dla innych oraz patriotyzmu. Zawsze znaleźli czas, żeby porozmawiać, pozytywnie mobilizowali do działania. Często słyszałem, że są ze mnie dumni - mówi "Dobremu Tygodniowi" o rodzicach aktor Adam Fidusiewicz.

Reklama

Jest jedynakiem. Przyszedł na świat, gdy mama miała 33 lata, a ojciec był po czterdziestce. Od razu stał się ich oczkiem w głowie. Wyrozumiali, cierpliwi, z zasadami. Dawali synkowi dużo wolności, ale też sporo od niego wymagali. Nauczyli go ciężkiej pracy, porządku i dyscypliny. Nic dziwnego, obydwoje byli sportowcami, poznali się na warszawskiej Legii.

Mama, Danuta, to gimnastyczka, olimpijka, mistrzyni Polski w skoku przez konia. Po zakończeniu kariery wykładała na Akademii Wychowania Fizycznego, trenowała kadrę gimnastyków i wychowywała dziecko. W 1990 roku, gdy Adaś miał 5 lat, Janusz Józefowicz zaprosił ją do współpracy przy musicalu "Metro". Przygotowywała młodych artystów pod kątem ruchu, uczyła elementów akrobatyki. - Rosłem obok sceny, chłonąłem tę atmosferę i już wtedy wiedziałem, że kiedyś zostanę aktorem - opowiada dorosły dziś Adam.

Podpatrywał jak mama pracuje. - Była tak niezłomna i oddana swojej pracy, że czasami myślę, że jest terminatorem. W każdej wolnej chwili myśli, planuje. Gdyby coś poszło nie tak, ma zawsze przygotowaną strategię - opowiada o niej. Oglądał przedstawienia. I choć wiedział, że to wszystko iluzja, zdarzało mu się uronić łzę. - Gdy umierał główny bohater, udawałem, że się uśmiecham, bo nie chciałem uchodzić za mięczaka - wspomina. Zżył się z zespołem Teatru Buffo, z Januszem Józefowiczem. Tam zaczął dostawać małe rólki, potem większe. Jego mama szkołę musicalową prowadzi do dziś.

Ojciec, Jerzy Fidusiewicz, lekkoatleta, był przed laty najlepszym w Polsce dziesięcioboistą. Trenował polską kadrę w skoku wzwyż. Jego brat bliźniak uprawiał wielobój, a dziś jest wybitnym fotografem sportowym. To on pocieszał Adama i jego mamę, gdy w maju 2001 roku Jerzy nagle zmarł. Dla najbliższych było to szokiem. Lekarze do dziś nie wiedzą, jaka była przyczyna tej choroby.

- Wszystko stało się szybko. Tuż po premierze filmu "W pustyni i w puszczy", gdzie grałem Stasia Tarkowskiego. Ruszałem właśnie z ekipą na festiwal filmowy do Cannes. Strasznie przeżywałem całą sytuację, bo byłem z ojcem bardzo blisko - wspomina aktor. Musiał się uśmiechać na czerwonym dywanie, prezentować film i swój kraj, a myślał tylko o wspólnych chwilach z tatą. Jak uczył go pisania, czytania, rysowania i jazdy na rolkach.

Gdy był maluchem, z zaciekawieniem przyglądał się jak naprawia w domu zepsute urządzenia, odnawia meble. - Uwielbiał majsterkowanie. Miał do tego prawdziwy dryg. Pamiętam, że własnoręcznie zrobił meblościankę - wspomina syn. Podkreśla, że jest podobny do ojca: to samo poczucie humoru, uśmiech i zdolności manualne. - Bywa, że zaszywam się gdzieś w kącie i maluję figurki rycerzy, scenografię do gier fantasy. Mam to po nim - uśmiecha się.

Choć od śmierci Jerzego Fidusiewicza minęło wiele lat, syn stara się być jak najczęściej na grobie taty. Pamięta. Docenia tych, którzy mu zostali. - Na mamę i wujka zawsze mogę liczyć. Są przy mnie w radościach i smutkach. Cieszą się moimi sukcesami i trzymają kciuki za kolejne projekty - podkreśla.

Gdy grał "Czasie honoru", często myślał o swoim dziadku Stefanie. W czasie wojny, razem z żoną zaangażowali się w konspirację. Stefan Fidusiewicz ps. Szpak zginął 3 sierpnia na Mokotowie, w czasie powstańczych walk. Wcześniej umieścił żonę z malutkimi synkami na wsi. Chciał, by przeżyli.

Był doświadczonym żołnierzem, legionistą, w II RP służył w 1 Pułku Szwoleżerów im. Józefa Piłsudskiego. - Jestem z niego dumny. Podczas wojny z bolszewikami stanął na torach w Celestynowie z nienabitą bronią. Groził, że wysadzi pociąg i zatrzymał transport. Rosjanie myśleli, że to zasadzka i poddali się. Dostał za to Vitruti Militari - opowiada wnuk.

Krzyż po wojnie zniknął z domu, bo babcia bała się komunistów, ale Adam zrobił kopię. - Kiedy już założę rodzinę, chciałbym, żeby moje dzieci znały tę historie i były równie szczęśliwe w domu rodzinnym jak ja - dodaje.

***

Zobacz więcej materiałów z życia gwiazd:

Dowiedz się więcej na temat: Adam Fidusiewicz

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje