Reklama

Reklama

Reklama

Tomasz Stockinger w zupełnie nowej roli! "Ogromnie się cieszę"

​Nie rozpamiętuje tego, co zrobił źle, co mu w życiu nie wyszło. Chce jak najlepiej i najmądrzej wykorzystać czas, który jeszcze mu pozostał. Miesiąc temu pojawiła się na świecie jego pierwsza wnuczka Oliwia. Od razu zdobyła serce aktora, który w nowej roli czuje się doskonale. Na pytanie, co w życiu jest najważniejsze, Tomasz Stockinger (62 l.) odpowiada: "Jutro".

Niedawno został pan dziadkiem. Jakie to uczucie?

Tomasz Stockinger: - Ogromnie się cieszę. Widziałem już Oliwię i jestem bardzo szczęśliwy. Chcę być takim żwawym dziadkiem, pogodnym, dającym dużo ciepła i miłości. Dzieci potrzebują mamy i taty, ale często to właśnie dziadkowie mają przyjemniejsze relacje z wnukami, bo podchodzą z większym dystansem, potrafią dobrze doradzić w różnych życiowych kwestiach. Nie ma po prostu pola do konfliktu. Z rodzicami dzieci się codziennie "boksują" o poranne budzenie, o obowiązki. Pamiętam z dzieciństwa, że każda wizyta mojego dziadka to było święto.

Reklama

Kiedyś pan zapowiadał, że wnuki od dziecka będzie prowadzał na kort tenisowy?

- Zobaczymy, jakie Oliwia będzie miała pasje, sama zdecyduje, ale uważam, że sport to szkoła życia. Rozwija człowieka nie tylko fizycznie, ale też psychicznie i charakterologicznie. To nie musi być aktywność wyczynowa, myślę raczej o rekreacji. Ważna w sporcie jest systematyczność, regularne ćwiczenia. Nawet małymi kroczkami można wejść na Mont Blanc. Ludziom, którzy za młodu coś trenowali, jest łatwiej przedzierać się przez życie, więcej osiągają, są pracowitsi, bardziej wytrwali. Poza tym dłużej zachowują radość życia. Moim marzeniem jest, żebym jako taki żwawy dziadek, mógł wnuczce pokazać zalety uprawiania różnych dyscyplin sportowych. A może w przyszłości także wnukowi...

Jak pan ocenia syna w roli ojca? Jest pan z niego dumny?

- Podziwiam go, widziałem, jak przygotowywał się do ojcostwa. Brał udział we wszystkich zajęciach w szkole rodzenia. A kiedy Oliwia już pojawiła się na świecie, dzieli wszystkie obowiązki z żoną z zapałem i radością. Poza karmieniem oczywiście. Obserwował mnie w roli taty, widział, że też robiłem wszystko w domu, łącznie z gotowaniem i zmywaniem. I nie był to wynik przymusu. Wszystko wykonywałem z radością, jako współodpowiedzialny za domowe ognisko. Robert poszedł w moje ślady. Myślę, że Patrycja to widzi i docenia. Kobiety przywiązują dużą wagę do metryki.

Pan przejmuje się tak szybko upływającym czasem?

- Każdy inaczej się starzeje. Dochodzą mnie smutne wieści o śmierci kolegów. Niedawno odeszli Marek Frąckowiak i Ryszard Faron. Starsi ode mnie kilka lat, ale Rysiek był na moim roku w szkole teatralnej. Ciarki przechodzą mi po plecach, że już jestem w tej grupie wiekowej. Ale potem przychodzi druga myśl, że to ode mnie zależy, czy mam się bać, smucić i narzekać, czy też cieszyć się z tego, że wciąż jest wiele przede mną.

Patrząc na pana aktywność sportową, myślę, że wybiera pan ten drugi wariant.

- Oczywiście. Mogę jeszcze normalnie pracować, uprawiać różne dyscypliny, wspierać moją rodzinę. Dlatego nie myślę, ile mi zostało, 10, 15, czy 20 lat. Ten czas, który jest przede mną, będę się starał wykorzystać jak najlepiej. Chcę dla najbliższych być ostoją i wsparciem.

Mówi się, że dziś coraz trudniej o prawdziwych mężczyzn. Czym dla pana jest męskość?

- To chyba nie jest tylko polska przypadłość, tylko całej cywilizacji zachodniej. Wydaje mi się, że mężczyznę powinna cechować konsekwencja, odpowiedzialność, odwaga oraz siła. Jednak nie myślę tu tylko o mocnych mięśniach, ale o sile psychicznej i emocjonalnej.

Ojciec, aktor Andrzej Stockinger, był dla pana takim wzorem męskości?

- Każdy chłopak przede wszystkim wzoruje się na ojcu. Mój tata był człowiekiem sukcesu, bardzo zdolnym. Podziwiałem go. Jako aktor często mnie zaskakiwał na scenie czy estradzie. Ale też pokazał mi świat natury. Każde wakacje spędzaliśmy we dwóch na łonie przyrody, gdzieś nad jeziorem, w lesie. Chodziliśmy na grzyby, łowiliśmy ryby, rozpalaliśmy ogniska. To była wspaniała przygoda, takie traperskie życie.

Za co jest pan szczególnie ojcu wdzięczny?

- Za jedną rzecz, którą przekazałem też mojemu synowi. W naszych stosunkach nie było paternistycznej wyższości. Ojciec był moim najlepszym kumplem. Kiedy zasłużyłem na reprymendę, to ją otrzymywałem, ale na co dzień byliśmy kolegami. Taki wzorzec relacji wyniosłem z domu i taki stosowałem wobec syna. Jego koledzy patrzyli na nasz swobodny sposób bycia z aprobatą, a nawet z zazdrością. Gdy Robert był nastolatkiem, grywaliśmy na korcie tenisowym debla. Często zwyciężaliśmy. To było bardzo miłe mieć za partnera własnego syna.

A czy ma pan jeszcze apetyt na miłość?

- Jak pani może pytać dziadka o plany miłosne?

Dziadka, który ma dopiero 62 lata, mogę.

- Dobrze, dobrze, nie wykluczam. Powiem więcej, jestem przekonany, że prędzej czy później, coś się w moim życiu zadzieje. Ale miłości nie da się zaplanować. Tak było z uczuciem do żony, z innymi moimi ukochanymi. Po prostu przychodzi "ten" dzień, pojawia się "ta" osoba. Nagle się okazuje, że wszystko jest proste. Moje doświadczenia powodują, że jestem może trochę bardziej ostrożny, ale głęboko wierzę, że coś mnie jeszcze w życiu czeka.

Na co dzień sprawy religii są dla pana ważne?

- Dla mnie wiara jest drogą poszukiwania, stawiania pytań i szukania odpowiedzi. Przez całe życie idziemy w jednym kierunku: do śmierci. Im bliżej tego momentu, tym większa ciekawość, co będzie po, jaki jest sens tego wszystkiego. Wiarę traktuję jako sprawę osobistą. Natomiast obrzędy w kościele: śluby, chrzty, pierwsza komunia to przeżycia wspólnotowe. Są bezcenne. Sakrament chrztu wydaje mi się teraz najradośniejszy. Nie mogę się doczekać, kiedy całą rodziną zbierzemy się na chrzcie Oliwii.

Rozmawiała: Agnieszka Stalińska

***

Zobacz więcej materiałów:

Dobry Tydzień
Dowiedz się więcej na temat: Tomasz Stockinger

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy