Przejdź na stronę główną Interia.pl

Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

Tomasz Stockinger: Miałem nadzieję, że Agnieszka Kotulanka opanuje kłopoty

Tomasz Stockinger (62 l.) rozlicza się z przeszłością, definiuje, czym jest miłość i opowiada o apetycie na życie. Wspomina także trudną współpracę z Agnieszką Kotulanką (60 l.).

Od kilku lat wciąż mówi się, że to ostatni sezon "Klanu", a tymczasem zaczynacie już 21. Pana nie denerwują takie pogłoski?

Reklama

- Nie, bo pod tym względem nigdy nie byliśmy rozpieszczani. Każdej wiosny kierownictwo produkcji mówiło w podobnym, dość niepewnym tonie: albo będziemy pracować, albo nie, kto to wie, w zależności od rozmów z TVP. A to, że wciąż jesteśmy na antenie, to po prostu zasługa wielkiej sympatii widzów.

Czerpał pan ze swojego życia, grając dr Lubicza?

- Aktor zawsze czerpie ze swojego życia, z własnej kartoteki.

Jesteście do siebie podobni czy raczej różnicie się?

- To pytanie zadawano mi przez ten czas wielokrotnie. Uznałem, że najlepsza odpowiedź brzmi: Nie jesteśmy identyczni ani diametralnie różni. Jedno jest pewne. Wyglądamy tak samo.

W ekipie wciąż panuje zgrana atmosfera?

- Na pewno stopień zżycia zawodowego jest bardzo duży i staliśmy się trochę rodziną. Prywatnie kilka osób wzięło ślub, urodziły im się dzieci, kilka osób odeszło z serialu.

Choćby Agnieszka Kotulanka, która wciąż walczy ze swoim uzależnieniem.

- Przez kilka lat mieliśmy nadzieję, że to się zakończy dobrze, że Agnieszka opanuje kłopoty. Były rozmowy w kuluarach między nią a producentami. W końcu zapadła decyzja, że nie można więcej ryzykować. Agnieszka była już w takim stanie, że trudno było się z nią umówić na zdjęcia. Jedynym, najgorszym z możliwych niestety, było rozwiązanie umowy.

Trudno uwierzyć, że to się przytrafiło jej - zdolnej, popularnej aktorce.

- To jest siła uzależnienia. I żeby cały świat chciał wspierać i pomagać, to nic nie da, jeśli ta osoba sama nie podejmie walki, nie zawalczy o siebie.

Macie z nią kontakt?

- Nie mamy, ale Agnieszka nigdy nie chciała tego kontaktu. Nikomu nie dawała numeru telefonu. Była osobą, która bardzo chroniła swojej prywatności, stroniła od mediów. Miałem wrażenie, że po prostu chowała się przed ludźmi. Ale wszyscy tu trzymamy za nią kciuki i wierzymy, że uda jej się wygrać z nałogiem. Myślę, że każdy ma jakiś etap życiowego zakrętu. Ja też miałem. Parę lat temu przechodziłem bardzo ciężki okres w moim życiu, nie zapanowałem nad sobą i lekkomyślnie wsiadłem do auta po alkoholu. Wyciągnąłem wnioski na przyszłość, żeby nie doprowadzać siebie do takiego wyczerpania psychicznego.

Na jakim etapie życia dziś pan jest?

- Z jednej strony czuję się bardzo dobrze. Dbam o siebie i mam ogromny apetyt na życie. Nie czuję ciężaru tych 62 lat, które już za mną. A z drugiej strony - biorąc pod uwagę odejścia przyjaciół - wiem, że trzeba uważać na siebie, że mój czas jest coraz cenniejszy. Dlatego szkoda mi dziś tego czasu na rzeczy nieważne.

Wspomniał pan o tym, że dba o siebie...

- Staram się żyć aktywnie. Gram w tenisa, jeżdżę na rowerze, odwiedzam siłownię. Mam swój system gimnastyki. Nigdy nie byłem w Chinach, ale gdy pomyślę, że oni zawsze wstają rano, by z przyjemnością oddać się ćwiczeniom, to ich podziwiam. Chciałbym jeszcze spróbować jogi.

Emerytura. Czy to słowo pojawia się w pana myślach?

- Myślę, że ta wymarzona emerytura, taki odpoczynek na stare lata, to jest pułapka. Bo nagle może się okazać, że zatęsknimy do bycia potrzebnym, do życia na pełnych obrotach... Więc w moim wypadku - jeśli emerytura, to tylko aktywna. Aktor starszy, niekoniecznie gorszy.

Czas rozliczeń z przeszłością już był?

- Myślę, że zawodowo udało mi się wszystko, wciąż jestem głodny nowych wyzwań. Osobiście może mogło być lepiej, może mógłbym mieć więcej dzieci. Mam jedynego syna, z którego jestem dumny! Świetnie układa sobie życie, niedługo na świat przyjdzie jego córka, moja pierwsza wnuczka. A ja już marzę, by móc nauczyć ją jazdy na nartach czy zagrać w tenisa.

Nie żałuje pan małżeństwa, tego, że po 20 latach postanowiliście z żoną się rozwieść?

- Trudno jest żałować czegoś, co w pewnym momencie nie miało już przyszłości. Myślę, że nasz związek mógłby trwać o wiele krócej, ale próbowaliśmy go ratować. W końcu uznaliśmy razem, że to nie ma sensu. Postanowiliśmy dać sobie szansę na dalszą osobną drogę a nie na wspólną, za to pełną rozczarowań. Myślę, że najgorzej byłoby, gdybyśmy trwali tak do końca. A dziś jesteśmy w dobrych relacjach, mieszkamy blisko siebie, pomagamy sobie.

Co w miłości jest dla pana dziś najważniejsze?

- Aby umieć i chcieć dawać tej drugiej osobie. Niestety wiele razy jest tak, że chcemy tylko brać. Zaczynają się samooszukiwania, gra pozorów. Generalnie miłość to jest po prostu ciężka praca.

Pan by jeszcze podjął się tej pracy w miłości?

- Oczywiście.

A jest jakiś ideał kobiety?

- Nie ma ideałów. Myślę, że dziś szukam po prostu dobrego przyjaciela, z którym mógłbym spędzić fajnie czas.

Wiek ma znaczenie?

- Miłość nie liczy lat.

A ożeniłby się pan po raz drugi?

- Papierek miłości nie załatwi, nie jest mi do niczego potrzebny. Ale jeśli się kocha, to takie ceremonialne przypieczętowanie uczucia zawsze jest piękne i eleganckie.

To zapytam jeszcze o sukcesy w pana miłości sportowej, czyli w tenisie.

- Ostatnio próbuję nieco ograniczyć ambicje i traktować nasze artystyczne rozgrywki w kategoriach dobrej zabawy.

Ale ja słyszałam, że tam jest tak zacięta rywalizacja, jak w Wimbledonie.

- Rywalizacja zawsze jest, ale przede wszystkim chodzi o dobrą zabawę. Cieszę się, że wciąż mogę brać udział w tych rozgrywkach, że nic mnie nie boli, że nogi są w porządku.

Czego panu życzyć na kolejne lata?

- Więcej cierpliwości i pozytywnego nastawienia w obliczu tego, co się dziś dzieje w kraju i na świecie, gdzie panuje wszechobecny hejt, mowa nienawiści. Chciałbym jeszcze móc powiedzieć: "Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło".

Rozmawiała: Aleksandra Jarosz

***

Zobacz więcej materiałów:

Świat & Ludzie

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje