Przejdź na stronę główną Interia.pl

Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

Pola Raksa: Była gwiazdą PRL, jak żyje dziś?

Pola Raksa (78 l.) nie chciała i nie mogła przez całe życie być niewinną dziewczynką z kitką lub kucykami. A właśnie tego oczekiwali od niej widzowie. Dziś najczęściej spotkać ją można pod jednym ze sklepów nieopodal Legionowa. Miejscowi znają ją z widzenia, bywa, że zamienią z nią kilka słów.

Polscy filmowcy nigdy nie narzekali na brak urodziwych aktorek, ale tylko jedna z nich stała się niekwestionowanym symbolem kobiecej urody dla wszystkich dorastających w PRL w latach 60. 

Reklama

"Za jej Poli Raksy twarz każdy by się zabić dał" - śpiewali muzycy Perfectu. Tekst ten napisał Bogdan Olewicz - z własnego doświadczenia. "Mieszkałem wtedy na Muranowie, ale codziennie rano zapieprzałem tramwajem przez Wisłę do liceum Władysława IV na Pradze. Poszliśmy na tego 'Szatana' całą klasą do kina Praha, wtedy to była jeszcze klasa męska. To był koniec. Pół klasy od razu się zakochało. Za chwilę na bazarze Różyckiego pojawiły się lusterka z fotografią" - wspominał.

Trudno się dziwić, bo tak pięknej dziewczyny na naszych ekranach nie było nigdy wcześniej, ani później.

Zdecydował przypadek

Wraz z końcem epoki stalinizmu z okładek pism zniknęły dzielne traktorzystki i murarki, a dziewczyny znów mogły oficjalnie marzyć o karierze aktorki. Tygodnik "Film" ogłosił konkurs "Piękne dziewczęta na ekrany!", a krakowski "Przekrój" zainicjował akcję "Dziewczyny z okładek trafiają na ekran". Efekty przeszły najśmielsze oczekiwania.

Zwyciężczynią konkursu "Filmu" w 1959 r. została 17-letnia Ewa Wiśniewska, a rok wcześniej na okładce "Przekroju" pojawiła się maturzystka, Beata Tyszkiewicz. Dla obu był  to początek błyskotliwej kariery, natomiast inne laureatki z reguły zaliczały świetny debiut, potem jednak układało im się już różnie. Mniej szczęścia miała na przykład Basia Kwiatkowska, mimo że promował ją jej późniejszy mąż Roman Polański. Dziewczyną z okładki była także Apolonia Raksa - jej fotografia ozdobiła tytułową stronę tygodnika młodzieżowego "Dookoła Świata".

"To wszystko stało się bardzo nagle i bardzo przypadkowo. Wracając z uniwersytetu (studiowała polonistykę we Wrocławiu - red.), wstąpiłam z koleżanką do baru mlecznego, do którego nigdy wcześniej nie chodziłam. Posilał się tam akurat fotoreporter 'Dookoła świata', Barącz, który przyjechał do naszego miasta, by zrobić zdjęcia jakiejś dziewczyny w związku z konkursem 'Gwiazda tygodnia'. No i stało się. Sfotografował mnie" - opowiadała później.

Piękna 19-latka szybko zadebiutowała jako aktorka, występując w ekranizacji powieści Kornela Makuszyńskiego "Szatan z siódmej klasy", gdzie zagrała obdarzoną fiołkowymi oczami Wandę Gąsowską, do której wzdycha główny bohater. Film odniósł wielki sukces, jej rolę też doceniono, Apolonia postanowiła więc zweryfikować swoje życiowe plany i zmienić kierunek studiów.

Porzuciła polonistykę na rzecz Wydziału Aktorskiego w łódzkiej PWSFTviT. Została jego absolwentką w 1964 r. i zaczęła pracować w Teatrze Powszechnym w Łodzi. Cztery lata później przeprowadziła się do Warszawy, występowała w Teatrze Współczesnym (do 1986 r.). I dalej grała w filmach. Była niezwykle popularna, ale nie usatysfakcjonowana, przypisano ją bowiem do jednego rodzaju ról.

"Żaden aktor nie godzi się chętnie na takie ograniczenie emploi - mówiła w wywiadzie dla "Ekranu" w 1970 r. - Mnie takie ograniczenie spotkało już w początkach pracy zawodowej. Po moich pierwszych filmach uznano, że powinnam grać wyłącznie postacie dziewcząt pięknych, prostych, o łagodnym sercu, a więc typ ról, które określa się mianem 'pierwsza naiwna'. Tak zaszufladkowany aktor zaczyna wzdychać do ról czarnych charakterów".

Tylko Marusia

Najbardziej winni byli, oczywiście, "Czterej pancerni i pies". Polę Raksę od początku nękały wątpliwości. Długo wahała się, czy przyjąć tę rolę, ale nie dlatego, że obawiała się popularności. Przeciwnie - sądziła, że jako Rosjanka, odbierająca ukochanego Polce, nie spotka się z sympatią widzów. Nie chciała, by tak ją zapamiętali. Jednak, kiedy w 1966 r. zaczęły się prace na planie serialu, była tam i ona, w krótkiej spódniczce radzieckiej sanitariuszki. I już na zawsze została Marusią.

Próbowała się wyrwać ze swojej szufladki, ale bezskutecznie. Już w 1965 r., gdy w jednym z odcinków serialu "Kapitan Sowa na tropie" zagrała morderczynię, widzowie byli oburzeni. Mogli zaakceptować ją jako "tę trzecią" w "Ich dniu powszednim" (gdzie Cybulski dla Raksy porzucił Aleksandrę Śląską), ale nie jako osobę zdolną do popełnienia zbrodni.

Chcieli, by na zawsze pozostała niewinną, romantyczną dziewczyną. I niewiele zmieniły tu kolejne role, choć na scenie stworzyła kilka znakomitych kreacji. Jej żywiołem był jednak film, a w nim brakowało dla niej miejsca. Narzekała, że polskie kino koncentruje się wokół spraw mężczyzn i ich świata.

"Nasz film jest zdominowany przez panów - wzdychała. - Panowie walczą, cierpią, przeżywają problemy; panie pełnią rolę pomocniczą, są po to, by wysłuchać, pocieszyć, wesprzeć. Ich kobiece sprawy traktowane są pobłażliwie, jeśli nie zgryźliwie. A że kobiety występują przeważnie na drugim planie, więc charakteryzuje się je w sposób uproszczony, albo są jednoznacznie dobre, albo jednoznacznie złe".

Czytaj dalej na następnej stronie...

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje