Przejdź na stronę główną Interia.pl

Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

Piotr Fronczewski nie tak wyobrażał sobie starość: Jest coraz gorzej

​"Uprawiam ten zawód dłużej, niż wielu żyje na tym świecie" - powtarza Piotr Fronczewski (71 l.). Nie schodzi ze sceny już od ponad 60 lat, nie ukrywa jednak, że czuje się zmęczony. "Myślałem, że na starość będzie mi lżej, jest tylko gorzej" - mówi.

Urodził się w 1946 r., dorastał na gruzach Warszawy. Jego ojciec, więzień trzech obozów, przed wojną był dyrektorem warszawskiego kina Palladium, po wojnie - pracownikiem Teatru Syrena, i to tu zadebiutował 10-letni Piotruś.

Reklama

"Mam zaświadczenie, że zostałem zatrudniony na stanowisku: Młodociana Pomoc Artystyczna" - śmieje się. Garderobę dzielił z Adolfem Dymszą, który nawet w jednym ze spektakli nosił małego Fronczewskiego na rękach.

Ale to nie on odmienił życie młodego aktora, a Gustaw Holoubek. Gdy 16-letni Piotr zobaczył go na scenie, był olśniony. Po raz pierwszy dostrzegł w aktorstwie nie zabawę, a pasję. Tej krystalizacji zainteresowań sprzyjało zapewne sześć pał, które dostał na półrocze II klasy liceum.

"Byłem skończonym tumanem z matematyki, fizyki, chemii. To były dla mnie światy obce" - mówi i żartuje, że to właśnie z tego powodu wybrał szkołę teatralną. Był na roku z Sewerynem, Olbrychskim, Zelnikiem, Nardellim i ze świetnie zapowiadającym się Krzysztofem Banachowiczem. Podczas wakacji na Mazurach kajak, którym płynęli we dwóch, przewrócił się.

Pan Piotr nurkował w zielonej, nieprzejrzystej wodzie, by wyciągnąć przyjaciela. Nie udało się. Do Warszawy wrócił z trumną, długo nie mógł otrząsnąć się ze smutku. Nową nadzieję przyniósł rok 1968, dyplomowy. Fronczewski znalazł się w Teatrze Narodowym, dokąd ściągnął go Kazimierz Dejmek, jak zwykle nie przebierając w słowach: "No i co ja mam, kurwa, z panem zrobić?".

Zaliczył jeszcze legendarny Współczesny, nim wylądował tam, gdzie marzył - w Dramatycznym, kierowanym przez Holoubka. "To, co osiągnąłem w fachu aktorskim, w ogromnym stopniu zawdzięczam jemu" - powtarza.

Angaż otrzymał w zatłoczonym pociągu relacji Warszawa-Wrocław, gdzie jedyny w miarę luźny przedział zajmował Holoubek - umowę dogadali nad jajecznicą w Warsie.

"Jednym z moich najwspanialszych teatralnych wspomnień jest dzień, kiedy przeszliśmy na ty" - wspomina aktor. "Przyszedł do mojej garderoby i mówi: 'Słyszałem, że urodziła ci się druga córka'. Odpowiedziałem: 'Tak, panie dyrektorze, dzisiaj o świcie'. Na co on: 'Wobec tego możemy chyba przejść na ty'. Odebrałem to jako wielki zaszczyt".

Wydawało się, że życie osobiste Fronczewskiego układa się równie pomyślnie, jak zawodowe. "Domowe obiady, spacery, weekendowe wyprawy do Powsina. Fiat 126p z wózkiem na dachu" - wspominał. Jednak tuż po narodzinach małej Magdy coś zaczęło się psuć - całe dnie w teatrze, w domu kolejne obowiązki, brak snu. Po 7 latach małżeństwa z Ewą nie oparł się romansowi z młodszą koleżanką.

Choć sam nigdy nie wymienił jej imienia, plotkowano o 19-letniej Joannie Pacule, którą poznał na planie "07 zgłoś się". Wszystko wyznał żonie. "Szczątki uczciwości nie pozwalały mi dłużej tkwić w tym gigantycznym oszustwie. Musiałem to powiedzieć, również po to, by egoistycznie sobie ulżyć" - zwierzył się Marcinowi Mastalerzowi w wywiadzie-rzece "Ja, Fronczewski".

"Czułem się wtedy bezgranicznie żałosny i niewyobrażalnie wprost śmieszny".

Był gotów odejść, raczej ze wstydu niż dla innej miłości, ale żona z klasą przyjęła jego rewelacje. Postanowili zawalczyć o związek. "Gdzieś na tych gruzach coś zaczynało się między nami powoli odbudowywać" - mówił.

Są już razem ponad 40 lat, niedawno wspominali, że może nareszcie znajdzie się czas na przekładany od zawsze ślub kościelny. Marzyła o tym mama p. Piotra, która zmarła w zeszłym roku w wieku 104 lat. Zajmował się nią do końca.

"To jest dla mnie niezwykłe i bardzo cenne doświadczenie. Kiedy rano pomagam jej usiąść, podaję śniadanie, przytulam na dzień dobry, to jest stan, którego nie potrafię opisać. Mam przecież świadomość, że wziąłem się z niej. Dalej nie ma już słów. Jest tylko bliskość" - mówił jakiś czas temu.

Zwierzenia osobiste przychodzą mu jednak z trudem. Stawia wyraźną granicę między życiem zawodowym a prywatnym, ale nie sądzi, by aktorstwo było jakimś szczególnym powołaniem. "Dla mnie to po prostu zawód. Dodatek do życia. Bardzo istotny i ważny, ale dodatek. Są sprawy ważniejsze, mówiąc bardziej ogólnie" - twierdzi Piotr Fronczewski.

Granie traktuje jak swego rodzaju sport, można powiedzieć - pięciobój, na który składają się: film, radio, kabaret, telewizja, a przede wszystkim teatr. "Zawsze buduję od nowa. Nie mam recepty, nie mam patentu, ni cholery. Człowiek w tej profesji ciągle uczy się oddychać, mówić, chodzić, zachowywać - krótko mówiąc, rodzi się na nowo" - mówi o przygotowywaniu kolejnych swoich ról.

Wcieleń tych było już ponad 300, wśród nich stoicki ojciec "Rodziny zastępczej", cwany Szpicbródka, zachwycony sobą pan Piotruś, lizusowaty Poszepszyński. Zwariowanego Pana Kleksa i bajeranckiego Franka Kimono nikomu nie trzeba przedstawiać, ale mało kto wie, że właściwie można nazwać ich bliźniakami.

"Podczas jednej sesji nagraniowej na potrzeby 'Akademii Pana Kleksa' Andrzej Korzyński (kompozytor - red.) przyniósł mi dwa teksty: 'King Bruce Lee Karate Mistrz' i 'Karate Dżokej'. I zapytał, czy byśmy spróbowali coś takiego nagrać. A to był stan wojenny - smutno, szaro i beznadziejnie. Bardzo mi się to spodobało, zostaliśmy w studiu dłużej i nagraliśmy te utwory. A o tym, że one później znalazły się na czołowych miejscach list przebojów, dowiedziałem się od moich małych wówczas córeczek" - opowiadał Fronczewski.

Dziś teledysk z Frankiem ma na Youtubie 22 mln odsłon i dalej wywołuje emocje na młodzieżowych imprezach. Nadal zachwyca też "Akademia Pana Kleksa", na której wychowują się kolejne pokolenia Polaków. A niewiele brakowało, by Piotr Fronczewski odrzucił tę rolę.

Nie bardzo wierzył w sens realizacji takiego filmu: na początku lat 80. trudno było nawet o gwoździe i deski, a co dopiero o materiały potrzebne do wyczarowania bajkowych światów. A przede wszystkimi czuł się za młody. Peruka, piegi, krzaczaste brwi i długa broda zrobiły jednak swoje, choć, jak mówił, "codzienne umeblowanie tej filmowej facjaty oznaczało półtorej godziny mozolnej pracy charakteryzatora".

Ale tak naprawdę do wyczarowania magii Piotr Fronczewski nie potrzebuje żadnych rekwizytów. Wystarczy mu najlepiej rozpoznawalny w Polsce głos. Przekonali się o tym fani Harry’ego Pottera, słuchając audiobooków w wykonaniu aktora.

Znają go też miłośnicy gier komputerowych - aktor został narratorem tak intrygujących produkcji, jak "Świątynia pierwotnego zła" czy "Fabryka niewolników".

Niedawno, po 26 latach w zespole Teatru Ateneum, ogłosił, że odchodzi. "Mam poczucie, że czasy prawdziwych zespołów teatralnych kończą się albo już skończyły" - wzdycha. "Bezpowrotnie straciliśmy tę wspaniałą aurę, która zawsze towarzyszyła żywotowi aktorskiemu. Obrazek nam wyblakł. Koledzy stali się bardziej sterylni i nie można się umówić na kieliszeczek po spektaklu, bo rano trzeba wstać i zameldować się na planie zdjęciowym. Straciliśmy przez to coś ważnego".

I choć podejmuje nowe wyzwania, zadebiutował nawet jako reżyser w teatrze, nie jest mu łatwo. "Składam się z samych wątpliwości. Myślałem, że na starość będzie mi lżej, jest tylko gorzej, bo wątpliwości się piętrzą, przybywa ich. Nie jestem człowiekiem, który za wszelką cenę chce zamanifestować swoją obecność albo poinformować o czymś ważnym i odkrywczym. Może przyszedł czas, żeby częściej być w teatrze widzem?".

***

Zobacz więcej materiałów:




Dowiedz się więcej na temat: Piotr Fronczewski

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje