Przejdź na stronę główną Interia.pl

Reklama

Reklama

Reklama

Olga Lipińska zrezygnowała z macierzyństwa, bo... Powód zaskakuje!

Mija właśnie 65 lat od chwili, kiedy 26 marca 1956 roku na żywo zostało wyemitowane pierwsze „Tele-Echo”. Inspicjentką na planie i dziewczyną „na posyłki” reżysera Jerzego Gruzy była 17-letnia wówczas licealistka Olga Lipińska, która wtedy jeszcze nie przypuszczała, że telewizja stanie się jej największą pasją i... zrujnuje jej życie osobiste.

Olga Lipińska - nazywana czasem przez byłych współpracowników "Żelazną Damą" i "tyranem" - już od ponad piętnastu lat jest na emeryturze.

"Telewizja się mnie pozbyła w 2005 roku. Ciągle śni mi się studio, czuję ten zapach, widzę aktorów, potykam się o kable. Jestem w tym śnie szczęśliwa" - wyznała niedawno w rozmowie z "Wysokimi Obcasami" i dodała, że jeżeli była w życiu od czegoś uzależniona, to od pracy i telewizji. 

Olga Lipińska żartuje, że aktorzy nie znosili z nią pracować, ale modlili się, by dała im pracę. Zdarzało się, że z planu kultowego programu "Właśnie leci kabarecik" schodziła po kilkunastu godzinach nagrywania jednej piosenki! Reżyserka nie kryje, że - dążąc do perfekcji - kręciła po trzydzieści dubli. 

Reklama

"Bo mi zależało. Musiało być dobrze, bo inaczej nie było po co sobie zawracać głowy" - twierdzi. 

Nie jest tajemnicą, że Olga Lipińska rządziła na planie swych programów i spektakli twardą ręką. Nie tolerowała niepunktualności, nie zgadzała się na robienie rozpraszających aktorów przerw, nie pozwalała jeść ani pić, wpadała w furię, gdy coś działo się nie po jej myśli. Jeśli ktoś chciał ją rozjuszyć, wystarczyło, że powiedział... "tego się nie da zrobić". Wtedy wybuchała. 

"Jak Olga coś reżyseruje, to aktor ze strachu przed nią zrobi wszystko" - powiedział kiedyś o niej Janusz Gajos. 

"Jest despotką, człowiekiem apodyktycznym, wymagającym, krzyczącym. Ale wie, o co jej chodzi, ma wizję tego, co robi" - stwierdził z kolei nieżyjący już Wojciech Pokora, który był jednym z jej ukochanych aktorów. 

Olga Lipińska pracowała już w telewizji, gdy pewnego dnia w studiu na placu Powstańców Warszawy pojawili się młodzi ludzie związani z legendarnym STS-em, żeby - jak mówi reżyserka - "coś zagrać". Jej uwagę przykuł chudy blondyn ubrany w przykrótkie spodnie i szary sweterek, obficie spryskany "Przemysławką" i wyglądający na bardzo biednego. 

"On tak uważnie na mnie patrzył. W końcu zaprosił mnie do kina. Strasznie dużo gadał i rozśmieszał mnie. Potrafił stać godzinami pod budką telefoniczną naprzeciw moich okien. Pisał do mnie fantastyczne listy. Strasznie się o mnie starał" - tak Olga Lipińska zapamiętała początki swego związku z dziennikarzem Andrzejem Wiktorem Piotrowskim, u boku którego szła przez życie przed prawie czterdzieści lat. 

"Był moim najlepszym wyborem życiowym" - powiedziała, gdy w 1996 roku została wdową. 

Piotruś, bo tak Olga Lipińska nazywała męża, ze zrozumieniem przyjął jej oświadczenie, że nie chce mieć dziecka, bo nie potrafiłaby właściwie się nim zająć.   

"Jako matka popełniłabym te same błędy, co moja mama. Tak, jak ona popełniła wszystkie błędy babci. To się ciągnie z pokolenia na pokolenie. Poza tym - albo praca, albo dzieci. Ja pracowałam na okrągło. Nie chciałam, żeby ktoś obcy wychowywał mi dziecko" - wyznała już po przejściu na emeryturę, odpowiadając na pytanie, czy nie żałuje, że nigdy nie poznała smaku macierzyństwa. 

"Kiedyś powąchałam niemowlaka. Pachniał skwaśniałym mlekiem. Źle. Jego mama - świetna scenografka - zamiast rysować projekty, wisiała nad łóżeczkiem i wąchała go bez przerwy. Nie widziałam nic wzruszającego w rączkach i nóżkach. Ona nie mogła tego zrozumieć" - wspominała w rozmowie z "Wyborczą.pl". 

Olga Lipińska zdaje sobie sprawę, że praca zrujnowała jej życie osobiste. Nie żałuje jednak niczego... Twierdzi, że wystarczyło jej, że mąż ją akceptował i że nigdy się przy nim nie nudziła. 

"Bywałam szczęśliwa, ale wiem to dopiero teraz" - powiedziała niedawno tygodnikowi "Świat i ludzie".

Na odejście z telewizji Olga Lipińska zdecydowała się po tym, jak zaproponowano jej, by zmieniła styl i robiła show z publicznością. Miała uczyć amatorów, jak śpiewać, grać i zachowywać się przed kamerą. Podziękowała. Nie przyjęła też oferty występu w reklamie zupy w proszku, choć chciano jej za to zapłacić krocie. 

"Mam tantiemy, wynajmuję mieszkanie... Nie jest źle" - twierdzi, pytana, jak sobie radzi. 

Czy tęskni za telewizją, której przecież podporządkowała całe życie i której oddała swe najlepsze lata? Czy chciałaby wrócić? "Dzisiejsza telewizja to brednia i bełkot, więc... nie, dziękuję" - twierdzi.

***
Zobacz więcej materiałów wideo:

AIM
Dowiedz się więcej na temat: Olga Lipińska

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje

Nie przegap
najgorętszych
plotek!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie. Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj Pomponik.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »