Przejdź na stronę główną Interia.pl

Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

Michał Olszański: Jestem dumny z obu synów

​Michał Olszański (64 l.) długo dorastał do roli ojca. Przez lata na pierwszym miejscu stawiał pracę i przegapił moment, gdy jego synowie najbardziej potrzebowali wsparcia. Kryzys dopadł także jego małżeństwo.

Żona Magda to pana lustrzane odbicie?

Reklama

Michał Olszański: - Wręcz odwrotnie - bardzo różnimy się pod względem charakterów. Taka relacja oparta na przeciwieństwach jest fascynująca i daje szansę na długi związek, ale pod jednym warunkiem - umiejętności wychodzenia z konfliktów i kryzysów. Jako ekstrawertyk, lubię kontakt z ludźmi. Moja żona jest zaś introwertyczna, nie prowadzi bujnego życia towarzyskiego, dobrze się czuje w otoczeniu ukochanych zwierząt, wolny czas spędza w ogrodzie. Te nasze zainteresowania się rozchodzą, ale na szczęście mamy też wspólne.

Jesteście małżeństwem od 42 lat. Jak można uzyskać taki wynik?

- Moim zdaniem są trzy filary miłości. Po pierwsze, nie można się ze sobą nudzić, trzeba wciąż się czymś zaskakiwać. Po drugie, ważna jest umiejętność pokonywania kryzysów. Trzecim filarem jest erotyka. Nie wyobrażam sobie związku, w którym dwoje ludzi nie chce się do siebie przytulić. Choć oboje jesteśmy po 60., wciąż to pragnienie jest u nas żywe i istotne. Uważam, że relacje rozpadają się wówczas, gdy ludzie za bardzo poświęcają czas sprawom organizacyjnym, a zapominają, że istotą jest uczucie, a jeżeli tak, to także wzajemne pożądanie.

Żona zarzucała panu kiedyś, że nie był dobrym ojcem...

- To prawda i jest w tym trochę racji. Byliśmy bardzo młodymi ludźmi, gdy urodził się Janek. Miałem wtedy 24, a Magda 22 lata. Dzięki pomocy rodziców udało nam się to wszystko poskładać. Potem przyszedł dla naszej rodziny dobry czas: zamieszkaliśmy na Ochocie, chłopcy uczęszczali do fajnej szkoły, ja pracowałem w SOS - Młodzieżowym Ośrodku Socjoterapii, najpierw jako wychowawca, a potem dyrektor tej placówki. Zawód był moją pasją.

W 1983 roku został pan aresztowany...

- Zamknęli mnie po rozbiciu naszej siatki Solidarności. W więzieniu w Poznaniu spędziłem cztery miesiące. Magda została wtedy sama z malutkim dzieckiem. Ten czas bardzo wzmocnił nasze rodzinne więzi, skłonił mnie do przemyśleń i refleksji, co jest dla mnie najważniejsze. Był jeszcze jeden kryzysowy moment, kiedy przeprowadziliśmy do naszego wymarzonego domu pod Piaseczno. Właśnie odszedłem z oświaty, byłem pochłonięty nową pracą i trochę wypuściliśmy z rąk sprawy związane z dziećmi. Kręciłem się na szalonej karuzeli życia, nie zauważając, co jest istotne, a co mniej. Cenę za to zapłacił mój starszy syn Jan, który popadł w tarapaty. Na szczęście szybko się pozbierał i dziś jest odpowiedzialnym facetem, prowadzącym własny biznes i kochającym ojcem moich wnuczek. Jestem z niego bardzo dumny.

W wychowaniu dzieci pomagali wam dziadkowie?

- Tak. Rodzice Magdy byli skoncentrowani na wnukach: zabierali je do siebie, wspierali nas organizacyjnie i finansowo. Dzięki teściowi wybudowaliśmy dom w Chyliczkach. Mogliśmy też wyjeżdżać na saksy, żeby dorobić, bo wiedzieliśmy, że dziadkowie zaopiekują się naszymi pociechami. Z kolei moi rodzice pilnowali rozwoju intelektualnego dzieciaków, podrzucali im np. ciekawe książki.

A pan jakim jest dziadkiem?

- Postawiliśmy z żoną sprawę jasno. Nie bierzemy dyżurów przy wnukach. Ale jesteśmy z nimi bardzo zżyci, uwielbiamy razem spędzać czas. Dziewczynki miały niedawno swoją pierwszą samodzielną "nocowankę" w naszym domu i bawiliśmy się fantastycznie. Obie są wspaniałe, mądre i piękne. Nadia ma 9 lat i jest utalentowana sportowo, a Liwia ma 4 i jest przeuroczą dziewczynką.

Pana młodszy syn jest gejem. Trudno się było panu pogodzić z orientacją syna?

- Przykład naszej rodziny pokazuje, że można się tym zmierzyć spokojnie, etapowo, co nie znaczy, że zupełnie bez problemów. Między mną a Antkiem nie brakowało konfliktów. Dla każdego ojca, heteroseksualnego mężczyzny, taka konstatacja, że dziecko jest homoseksualne, to temat do przepracowania. Nie odbywa się to na pstryknięcie palcami. Większość z nas liczy, że będzie jakaś kontynuacja rodziny, myśli sobie, że wszystko ułoży się normatywnie, a w tym przypadku jest inaczej. Dziś jestem z Antka bardzo dumny, cieszę się, że świetnie funkcjonuje, jest w fajnym przyszłościowym związku, jest szczęśliwy. Teraz wiem, że to temat, o którym trzeba głośno mówić, aby pomóc innym rodzinom się z tym zmierzyć. Kiedy okazuje się, że syn czy córka jest homoseksualna, na pewno nie warto krzyczeć, mówić: "precz", bez względu na światopogląd, czy kwestie związane z religią, ale rozmawiać, próbować zrozumieć.

Jak pan się relaksuje?

- Kochamy z Magdą nasz ogród - ona jest specem od doglądania roślin, a ja od cięższych prac: koszenia trawy, obcinania gałęzi. W pobliżu domu jest rzeka Jeziorka, która wygląda niezwykle malowniczo, zwłaszcza latem, gdy przepływa nią mnóstwo kajaków. Takie widoki pozwalają mi się zregenerować. Oboje z żoną jesteśmy bardzo aktywni, lubimy turystykę kajakową, ja jeżdżę na nartach, a raz w roku wybieramy się na egzotyczną wyprawę. Jakiś czas temu na Zanzibarze zrobiłem kurs nurkowania i odtąd ten sport stał się moją pasją. Naszą wielką miłością są też zwierzęta, które są u nas w domu od zawsze. Teraz rezydentami są psy Jaromir i Lufa, koty oraz papuga.

Rozmawiała: Kinga Frelichowska

***

Zobacz więcej materiałów:

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje