Przejdź na stronę główną Interia.pl

Marzena Kipiel-Sztuka mogła zostać milionerką! Teraz jest już za późno!

Wyjazd do egzotycznego Omanu Marzena Kipiel-Sztuka (52 l.) zapamięta na długo. To tam wiele lat temu zawróciła w głowie bogatemu finansiście. Jak zakończyła się ta przygoda?

Zanim Marzena Kipiel-Sztuka zdobyła popularność i podbiła serca telewidzów rolą Halinki w serialu "Świat według Kiepskich", imała się różnych prac - była sprzątaczką czy suflerką w teatrze. Choć zdobyła tytuł magistra zarządzania zasobami ludzkimi, nie chciała wiązać swojej przyszłości z wyuczonym zawodem.

Reklama

Postanowiła zostać aktorką. Swoją karierę zaczęła od występów w Teatrze Dramatycznym w rodzinnej Legnicy. Gdy na początku lat 90. dostała propozycję wyjazdu na kilkumiesięczne tournée do Omanu, uznała, że takiej okazji nie może przepuścić.

Jej zatrwożone ciotki zalewały się łzami. Robiły, co mogły, by powstrzymać dwudziestoparoletnią blondynkę przed wyprawą do arabskiego kraju. Sugerowały nawet, że może zostać porwana do haremu. Niestety, na nic się to zdało.

Marzena decyzję podjęła błyskawicznie i nie zamierzała słuchać tych wywodów. Kto wie, jak potoczyłoby się losy artystki, gdyby odwzajemniła zaloty arabskiego biznesmena i finansisty. Każdego wieczoru pojawiał się w ekskluzywnym hotelu położonym nad Morzem Arabskim w urokliwym mieście Salalah, gdzie występowała. Jej rewiowe trio "Charizma Band", śpiewające przeróbki arabskich, europejskich i polskich piosenek, zrobiło furorę. 

To tam aktorka, przebrana w barwny strój z pióropuszem na głowie, oswajała się ze sceną. O bezpieczeństwo artystów przebywający na sali troszczyli się funkcjonariusze policji obyczajowej. To oni dbali, by nikt nie przekroczył granicy dobrego smaku.

"Mój absztyfikant był zachwycony, kiedy śpiewałam ‘Zuzia, lalka nieduża’ z repertuaru Fasolek, to była wówczas chyba najczęściej grana przez nas piosenka - zdradza "Na żywo" gwiazda. I dodaje: "Z wdzięczności podarował mi piękny, złoty zegarek, ale najbardziej rozczulał mnie ogromnymi bukietami ciętych kwiatów, które w pustynnym kraju musiały kosztować fortunę".

Haszim, bo tak miał na imię adorator artystki, był dyrektorem dużego banku i stać go było na każdą, nawet najbardziej wyszukaną zachciankę Marzeny. Ale ona zachcianek nie miała. Nie była też zainteresowana przelotnym romansem, bowiem w Legnicy czekał na nią ukochany. Mimo to adorator Marzeny nie próżnował. Chcąc jej zaimponować, stale ją zaskakiwał.

"Zbliżało się Boże Narodzenie i Haszim zapytał mnie, co w Polsce serwuje się na święta. Palnęłam bez zastanowienia, że bez śledzi ani rusz. Proszę sobie wyobrazić moje zdumienie, kiedy dzień później zobaczyłam je na stole. Okazało się, że sprowadził je specjalnie dla mnie prywatnym samolotem ze stolicy kraju, która znajdowała się ponad tysiąc kilometrów od Salalah!" - opowiada Kipiel-Sztuka.

Nie zapomniał też o prezencie gwiazdkowym.

"Dostałam discmana" - zdradza Marzena. I dodaje: "Na początku nie wiedziałam, co to jest, bo u nas w kraju nie było jeszcze płyt CD". 

I choć artystka miała możliwość przedłużenia kontraktu, nie zrobiła tego. Tęskniła za Polską i swoją ukochaną Legnicą, gdzie mogła bez asysty mężczyzny wyjść na ulicę. W Omanie zawsze towarzyszył jej polski szef zespołu, a to dlatego, że widok samotnej kobiety w miejscu publicznym wzbudzał niezdrowe zainteresowanie. Adorator Marzeny zadbał o jej komfort w drodze do domu.

"Dzięki Haszimowi wróciłam do Polski biznes klasą. To on zafundował mi lot w luksusowych warunkach. A kilka dni po powrocie zadzwonił i z troską zapytał, jak minęła podróż. Koniecznie chciał, żebym ponownie przyjechała do Omanu, ale stanowczo odmówiłam. W myśl zasady - wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej" - wyznaje Kipiel-Sztuka. 

***
Zobacz więcej materiałów wideo: 

Dowiedz się więcej na temat: Marzena Kipiel-Sztuka

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje