Przejdź na stronę główną Interia.pl

Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

Marta Kaczyńska stanęła przed dylematem. Powracają bolesne wspomnienia

Pamiętnego 10 kwietnia 2010 r. Marta szykowała śniadanie dla dziewczynek. Włączyła telewizor, aby obejrzeć początek relacji z uroczystości w Katyniu. Wtedy usłyszała, że opóźniają się one z powodu problemów z lądowaniem TU-154. 

Reklama

- Zaczęłam zmieniać kanały telewizyjne. Wierzyłam, że za chwilę usłyszę, że samolot wylądował - opowiadała w swojej książce. 

Zaniepokojona zaczęła dzwonić do współpracowników rodziców, oficerów BOR i do nich samych.

- Wybierając numery, jak automat, wciąż wierzyłam, że przeżyli. A potem w telewizji powiedziano, że wszyscy pasażerowie zginęli. Gdy odczytywałam po raz kolejny tekst wyświetlany na żółtym pasku informacyjnym, nadzieja gasła - wspominała. 

Nie udało się jej ochronić córek przed bolesną wiadomością. Były przy niej, gdy informowano o śmierci prezydenckiej pary. 

- Ewa podobnie jak ja na początku nie potrafiła uwierzyć. Później powiedziała mi, że uświadomiła sobie, że babcia i dziadek nie żyją dopiero wtedy, gdy zobaczyła trumny - zdradziła Marta. - Martynka jeszcze długo nie rozumiała, co się wydarzyło. Wiele tygodni po katastrofie, widząc na niebie samolot, mówiła, że to na pewno lecą dziadkowie - dodała. 

Gdy samoloty z trumną prezydenta, a potem prezydentowej wylądowały na warszawskim lotnisku Marta cały czas miała w pamięci rodziców, którzy machali jej i wnuczkom na pożegnanie w świąteczny poniedziałek. Ten obraz dziewczynki wciąż mają w sercach.

Czy powinny zobaczyć film ukazujący ich ostatnie chwile? Czy są na to gotowe? I czy kiedykolwiek będą? Na to pytanie Marta wciąż nie potrafi odpowiedzieć.

Dowiedz się więcej na temat: Marta Kaczyńska

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje