Przejdź na stronę główną Interia.pl

Reklama

Reklama

Marcin Mroziński oskarża TVP!

Marcin Mroziński, ubiegłoroczny reprezentant Polski na Eurowizji, by zapewnić sobie promocję przed wyjazdem do Oslo, musiał zaciągnąć kredyt. - TVP nie jest skłonna do pomocy. Co gorsza, czasem wchodzi w drogę - mówi.

Od czasu pamiętnego drugiego miejsca, które w 1994 roku Edyta Górniak wywalczyła na Eurowizji utworem "To nie ja", żaden polski wokalista nie powtórzył tego sukcesu. O finale możemy tylko pomarzyć - co roku przepadamy w półfinałowych rozgrywkach.

Reklama

- Polskim artystom, biorącym udział w Eurowizji, za każdym razem dostaje się po uszach za to, że niezbyt dobrze zaprezentowali nasz kraj w konkursie. Ale czy to tylko wina artystów? - pyta retorycznie Marcin Mroziński w rozmowie z magazynem "Takie jest życie".

Wokalista przyznaje, że wygrana polskich eliminacji była dla niego wielką radością i... początkiem bitwy o przetrwanie. By zapewnić sobie promocję przed wyjazdem do Oslo, gdzie odbywał się zeszłoroczny finał, Marcin musiał zaciągnąć kredyt w banku.

- TVP nie jest skłonna do pomocy. Co gorsza, czasem wchodzi w drogę - mówi. - Na spotkaniu z szefową delegacji, panią Marią Makowską, dowiedziałem się, że jestem reprezentantem TVP, a nie Polski. Pomyślałem więc, że taki tytuł zobowiązuje dwie strony do współpracy.

Niemal od razu przekonał się, w jak wielkim był błędzie. Kiedy przygotowując materiały promocyjne poprosił o udostępnienie materiałów archiwalnych, okazało się, że nie otrzyma ich za darmo.

- Jako "reprezentant TVP" musiałem zapłacić TVP za to, żeby udostępniono mi materiały niezbędne do promocji. Czy to nie kuriozalne? - pyta i przytacza kolejne przykłady dziwnych poczynań pracowników telewizji.

Polska jak zwykle ostatnia

Po wygraniu eliminacji przez dwa miesiące trwała cisza ze strony stacji. Marcin postanowił osobiście zawitać na Woronicza.

- Musiałem wtargnąć do budynku pod pretekstem wizyty u znajomej. Udało mi się dotrzeć do szefowej delegacji, od której dowiedziałem się, że... w tym roku przygotowano dla nas ciekawe propozycje wycieczek fakultatywnych. Pomiędzy tymi informacjami niewiele było szczegółów dotyczących samego konkursu - opowiada.

Nie ukrywa, że wspomniana rozmowa bardzo go zdziwiła, a jeszcze bardziej zachowanie Makowskiej na spotkaniu organizacyjnym przed wyjazdem na konkurs.

- Przedstawiła polskiego reprezentanta i nasz kraj w taki sposób: "Witam. Nazywam się Maria Makowska. W tym roku reprezentantem jest Marcin Mroziński z piosenką "Legenda" i będziemy jak zwykle ostatni" - wspomina. - Taki komentarz był nie na miejscu, gdyż oprócz szefów delegacji z innych krajów i oprócz organizatorów, były tam obecne media, które relacjonowały to spotkanie.

W rozmowie z Marcinem Makowska najpierw wyparła się swoich słów, potem próbowała obrócić wszystko w żart. Jedyną promocją, jaką TVP zapewniła Mrozińskiemu, był udział w programach "Kocham Cię, Polsko" i "Kawa czy herbata". Za wydanie materiałów promocyjnych płacił sam. Tak samo jak za wyjazd do Bośni i Hercegowiny, gdzie jako reprezentant Polski gościnnie zaśpiewał podczas tamtejszego krajowego finału. Po przyjeździe do Oslo Marcinowi po raz kolejny opadły ręce.

- Na miejscu dowiedzieliśmy się, że szefowie delegacji innych krajów próbowali się z nami skontaktować w celu zaproszenia na wyjazdy promocyjne, ale pani Maria nie odpowiadała lub odpowiadała za późno. Natomiast maile do polskich rezydentek, które opiekowały się grupą na miejscu, wysyłała często i w każdym podkreślała, żeby "nam nie ufały" - opowiada.

- Gdy nie awansowałem do finału, dowiedziałem się, że mój zespół ma opuścić hotel i wrócić do kraju. Natomiast sam konkurs trwał jeszcze pięć dni. Usłyszeliśmy od pani Marii Makowskiej, że nie należy nam się już również transport, którym dysponowały ekipy wszystkich krajów. Dostaliśmy 24 h na opuszczenie hotelu i Oslo. Co dziwne, szefowej delegacji i jednego z członków redakcji rozrywki nie dotyczyło to postanowienie. Nie wiedzieliśmy, że po braku awansu przestajemy być członkami polskiej delegacji - dodaje.

Maria Makowska nie zgodziła się na rozmowę z tygodnikiem. Komentarza w sprawie odmówił też rzecznik prasowy TVP. - Nie widzę powodu, dla którego miałbym to komentować - powiedział Andrzej Wasik. - No, bo cóż można powiedzieć? - zapytał wymownie.

"Wierzę, że będzie dobrze"

Mroziński ma pewną teorię... - Może TVP po prostu boi się wygrać konkurs? Oby nie! - stwierdza i kibicuje Magdzie Tul, która będzie reprezentować nasz kraj w tym roku. Wokalistka znana przede wszystkim z programu "Jaka to melodia" nie wie jeszcze, jakiego wsparcia ze strony Telewizji Polskiej może się spodziewać. - Za wcześnie, by o tym mówić. Przede mną dopiero pierwsze rozmowy - mówi "Tjż".

Zdaje sobie sprawę, że większość przygotowań będzie na jej głowie, uważnie słucha rad Marcina Mrozińskiego i ma nadzieję, że być może jej będzie choć trochę łatwiej.

- Może, skoro wcześniej były takie problemy, teraz uda się ich uniknąć. Wierzę, że będzie dobrze. Nie możemy z góry zakładać, że się nie uda, bo w takim razie start nie ma najmniejszego sensu. Mam nadzieję, że TVP nie zostawi mnie na pastwę losu i posłuży choć radą - stwierdza.

(nr 9)

Takie jest życie!

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Marcin Mroziński

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje

Nie przegap
najgorętszych
plotek!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie. Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj Pomponik.pl lub zobacz instrukcję »