Przejdź na stronę główną Interia.pl
Przejdź na stronę główną Interia.pl

Jarosław Kulczycki był na wakacjach, gdy dowiedział się o śmierci syna. „Flip umarł” - usłyszał

Wszystko układało się jak najlepiej – rodzina, praca. Dzieci dawały powody do dumy. Ale w jednej sekundzie Jarosław Kulczycki (50 l.) stracił to, co najcenniejsze. Do dziś czuje w sercu ból.

To była słoneczna wrześniowa niedziela 13 września 2015 r. Jarosław Kulczycki spędzał urlop nad morzem w Ustce ze swoją żoną Dorotą i dwójką małych dzieci - półtorarocznym Samborem i dwumiesięczną Różą. Dziennikarz poszedł z synkiem na plac zabaw. Pomyślał o swoim najstarszym dziecku, prawie dwudziestoletnim Filipie. 

Reklama

Uświadomił sobie, że ostatni raz rozmawiali w środę, a tak bardzo lubił te ich pogaduchy, opowieści. Chciał dowiedzieć się, co u niego słychać. Wyciągnął telefon i wybrał numer syna. W słuchawce słychać było kilkanaście ciągłych sygnałów. Filip nie odebrał. 

- Pomyślałem to, co zwykle myśli rodzić, kiedy dziecko nie odbiera: pewnie nic takiego, oddzwoni - wyznaje w wywiadzie dla miesięcznika "Pani".

Jarek z Dorotą i dziećmi jechał samochodem na plażę. Czekał na to, że syn do niego oddzwoni. Nie mógł wiedzieć, że takiego telefonu już nie odbierze. Na ekranie aparatu wyświetlił mu się numer Mileny, byłej partnerki, mamy Filipa. Przez ułamek sekundy pomyślał, że może coś się stało. W słuchawce Kulczycki usłyszał głos partnera kobiety: "Filip umarł". 

To, co wtedy poczuł on, ojciec, trudno opisać: "Ściśnięte gardło. Pięść w żołądku, skurcz mięśni. Śmiertelne przerażenie". Skręcił w boczną drogę, zatrzymał samochód przy lesie. Do dziś widzi tylko pourywane sceny, nie pamięta wszystkiego, co się działo: "Wysiadłem i położyłem się na ziemi. Coś krzyczałem, ktoś przystanął, pytał czy potrzebna mi pomoc. Dorota była z dziećmi w samochodzie". 

Nie mógł uwierzyć w to, co się stało. To nie mogła być prawda. Ktoś z niego okrutnie zadrwił. Zadzwonił jeszcze raz do mamy Filipa. Kiedy usłyszał jej głos w słuchawce, nie miał już wątpliwości, że wydarzyła się tragedia. - Poprosiłem tylko, by ostatni raz wyprzytulała synka i za mnie - opowiada Kulczycki. 

Sam poszedł na plażę. Potrzebował ciszy, chciał przywołać wspomnienia. Nie pamięta, ile czasu tam spędził - rozmawiał z synem, żegnał się z nim.- W pewnej chwili kilka kropel deszczu spadło mi na twarz. Nie padało, tylko tych kilka kropel. Ktoś może powiedzieć - to zwykły przypadek, spadł deszcz, bo niebo było pochmurne. Dla mnie to były łzy Filipa - przekonuje. 

Nawet gdy syn wydoroślał, wciąż byli sobie bliscy. Zawsze mówił o nim z dumą. - Filip jest rewelacyjnym chłopakiem. Gdy dowiedziałem się, że będę ojcem, byłem lekko przerażony. Pamiętam moment, kiedy Filip przyszedł na świat. Byłem przy porodzie, który trwał 14 godzin. Gdy mój syn się urodził, a ja patrzyłem, jak jest mierzony i ważony, nagle odruchowo złapał mnie za palec - zdradził w jednym z wywiadów, kilka lat przed śmiercią syna. 

Chwalił go za to, że zrozumiał,dlaczego jego rodzice podjęli decyzję o rozstaniu. - Nie byliśmy w stanie zgodzić się na trwanie obok siebie bez uczucia, dlatego postanowiliśmy się rozejść. Nie było łatwo, bo dużo razem przeszliśmy, a poza tym mamy wspaniałego syna Filipa - mówił. 

Pozostali jednak w przyjaźni i zgodnie wychowywali syna. Obecna żona Jarka Dorota, z którą jest od 2011 r. i ma z nią dwoje dzieci, lubiła się z jego byłą partnerką. 

- Na Boże Narodzenie czy Wielkanoc potrafiliśmy się spotkać przy wielkim stole: Milena, jej partner, Filip, mama Mileny, moja mama, Dorota, ja i Sambor. Jak duża patchworkowa rodzina, która chce i umie ze sobą rozmawiać i cieszyć się swoim szczęściem - tłumaczy.

Lubili swoje towarzystwo, męskie rozmowy, często razem podróżowali. Filip był zdrowym, sprawnym chłopcem. W wakacje, kilka tygodni przed śmiercią, poleciał z kolegą na Cypr, potem do Turcji, na Bałkany i do Włoch. Chciał pokazać tacie zdjęcia z tej wyprawy, ale wyjechał jeszcze w Tatry. Wszedł na Świnicę i Giewont, z powodu złej pogody nie udało mu się zdobyć Orlej Perci.

O tym wszystkim Filip opowiedział ojcu w środę przez telefon. - Przez 13 minut ostatni raz słyszałem głos mojego dziecka. Gdy odłożyłem telefon, napisałem jeszcze SMS: "Nie martw się, Orla będzie na ciebie czekać" - wspomina Kulczycki. 

W chwili śmierci Filip był na siłowni, podnosił sztangę. W pewnym momencie źle się poczuł, odłożył ciężar i gwałtownie podniósł się. Pojawiło się migotanie komór serca. Instruktorzy reanimowali go, ale było za późno. Aby uratować człowieka w takim stanie, trzeba w ciągu czterech minut użyć defibrylatora. Pogotowie przyjechało po 12 minutach. 

Dlaczego serce Filipa się zatrzymało? Dziennikarz i jego była partnerka zażądali dodatkowych badań patologa. Ich syn prawdopodobnie z powodu infekcji wirusowej dostał zapalenia mięśnia sercowego. U młodych ludzi takie choroby przebiegają bezobjawowo. Być może, gdyby nie wysiłek na siłowni, serce Filipa mogłoby się zregenerować. Być może... 

Zaledwie cztery miesiące po śmierci syna Kulczycki stracił pracę w TVP, gdzie pracował od 1995 r. Część kolegów walczyło w jego imieniu, argumentując, że zwolnienie go na chwilę po tak wielkiej tragedii jest nieludzkie. 

Sam Kulczycki zapytany o to, co poczuł, gdy dostał wypowiedzenie, mówi: "To mnie nawet nie obeszło. Zgrubiała mi skóra. Nie poddaję się dla Filipa. I moich małych dzieci". 

Teraz pracuje w stacji telewizyjnej Nowa TV. Zajmuje się tam publicystyką, czyli tym, co lubi najbardziej. Nie oznacza to jednak, że całkowicie odzyskał spokój. - Człowiek żyje, pracuje, śpi, je, wychowuje nowe dzieci, potrafi być szczęśliwy. A kiedy wraca tamto - rozpada się na kawałki - przyznaje Jarosław.

Ale wraca do chwil z Filipem. Wie, że umarli dzięki pamięci najbliższych wciąż żyją w ich sercach. - To moje dziecko, część mnie, fantastyczny chłopak, który pozostał we wspomnieniach - mówi dziennikarz.

Dowiedz się więcej na temat: Jarosław Kulczycki

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje