Przejdź na stronę główną Interia.pl

Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

Jan Borysewicz: Córka wymodliła moją trzeźwość!

Jan Borysewicz (61 l.) ma za sobą wstrząsającą przeszłość. Dziś cieszy się, że tamto życie to już zamknięty rozdział...

Latami prowadził rockandrollowy tryb życia. Alkohol lał się strumieniami, były też narkotyki. Do tego przelotne romanse, niewierność i skandale.

Reklama

"Zawsze ostro imprezowałem. Balangi trwały czasem kilka tygodni" – przyznaje Jan Borysewicz w wywiadzie dla „Twojego Stylu”. 

Ostatnia odbyła się w 2013 roku, gdy lider Lady Pank świętował urodziny przez trzy miesiące. Tak hucznie, że aż spadł ze schodów.

"Powiedziałem sobie, że już nie upadnę" – mówi. I z dnia na dzień odstawił alkohol. Udało mu się to bez terapii. 

Ale miał inne wsparcie – jego młodsza córka Alicja (19), która mieszka we Włoszech, modliła się, by przestał pić.

Jan Borysewicz ponoć teraz dostrzega już ingerencje Boga w swoje życie. Wyszedł prawie bez szwanku z groźnie wyglądającego wypadku na quadzie, kiedy wyrzuciło go w górę jak szmacianą lalkę? 

A skończyło się tylko na połamanych żebrach i odmie płucnej. Muzyk ma świadomość, że jesteśmy tu tylko na chwilę, a Bóg czasem nam o tym przypomina. 

Tak było dziewięć lat temu, gdy z zawałem serca trafił do warszawskiego szpitala. 

Kiedy obudził się po zabiegu wszczepienia stentu, pierwszą rzeczą, jaką zobaczył, był wiszący na ścianie krzyż. 

"Dzięki" – powiedział, spoglądając na Jezusa. 

"Poczułem, że dostałem kolejną szansę i nie wolno mi jej zmarnować" – twierdzi.  Z dnia na dzień rzucił wtedy palenie. 

Zawsze głęboko wzruszała go wielka religijność najważniejszej dla niego kobiety na świecie – jego mamy. Bardzo ją kochał i mimo że był najmłodszy z trojga rodzeństwa, to właśnie on się nią opiekował, gdy zachorowała na stwardnienie rozsiane. Poruszała się na wózku.

Tata często wyjeżdżał w delegacje i 13-letni wówczas Janek musiał wstawać o czwartej rano, by przed pójściem do szkoły zanieść mamę do łazienki i umyć.

Czasem się buntował, ale potem przepraszał ją z płaczem. I znów prał, sprzątał, zmywał, robił zakupy. Opiekował się nią najlepiej, jak umiał, kochał ją bezgraniczną miłością.

"Godzinami czytałem jej Biblię. Nic z niej nie rozumiałem, ale robiłem to dla mamy. Wierzyła, że dzięki temu wyzdrowieje" - wspomina. 

Nigdy nie miała pretensji, że tak się nie stało. Uznała, że tak musi być. 

"Nauczyła mnie z pokorą przyjmować to, co Opatrzność daje" – deklaruje. 

Musiał wcześnie dorosnąć. Pensja ojca nie wystarczała na utrzymanie domu i kupno drogich zastrzyków dla mamy. Dlatego już jako szesnastolatek zaczął zarabiać przy malowaniu mieszkań i wyładowywaniu worków z cementem, a jednocześnie chodził do szkoły.

Trzeba było wziąć na siebie odpowiedzialność. Wcześniej, w czasach beztroskiego dzieciństwa, zanim mama zachorowała, wcale nie był aniołkiem.

Mieszkał na Sępolnie, w chuligańskiej dzielnicy Wrocławia. Chłopcy bili się z grupami wyrostków z innych dzielnic. Kiedyś robili to tak zapamiętale, że milicja nie dała sobie rady z interwencją i trzeba było przysłać wojsko, by ich rozdzielić.

Choroba mamy nie była jedynym dramatem, z jakim musiał się zmierzyć w młodości. Przeżył traumę, gdy jego cztery lata starszy brat Andrzej, który obudził w nim miłość do muzyki, popełnił samobójstwo. 

Miał wtedy zaledwie 20 lat, a powodem był zawód miłosny. 

"Do dziś nie mogę się pozbierać. Kiedy opowiadam o nim, zawsze płaczę" – twierdzi Jan Borysewicz. 

Kilkanaście lat po tej tragedii odeszła jego ukochana mama. Zdążyła jeszcze dożyć sukcesów syna. 

"Nigdy nie spotkałem tak dobrego człowieka jak ona" – mówi. 

To właśnie w intencji jej i brata 31-letni rockman poszedł z pieszą pielgrzymką z Warszawy do Częstochowy. Chciał też wtedy uporządkować swoje sprawy. Długo nie mógł się otrząsnąć po tym, jak w Dzień Dziecka 1986 roku obnażył się podczas koncertu. Był wtedy tak bardzo pijany, że nie wiedział, co robi. Trafił potem do szpitala psychiatrycznego. 

Nie chodzi co niedzielę do Kościoła. Z niezachwianą pewnością mówi jednak: – Bez wiary nie ma niczego. I chociaż nie ma dowodów na istnienie Boga, to traktuję Go z szacunkiem. 

I jest Mu bardzo wdzięczny. Kiedy wychodzi ze studia nagrań, całuje swoją gitarę: „Dzięki Ci, Boże, że dałeś mi taki dar i tę gitarę!" – powtarza w myślach.

"Dzięki temu mogę robić to, co umiem najlepiej” -  dodaje.

Dowiedz się więcej na temat: Jan Bo

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje