Przejdź na stronę główną Interia.pl

Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

Irena Karel: Śmierć męża złamała jej serce

Irena Karel (74 l.) długo szukała miłości swojego życia. Jej serce skradł w końcu operator Zygmunt Samosiuk. Niestety, ich wspólne życie nie było usłane różami. Gdy mężczyzna zmarł z powodu choroby alkoholowej, długo nie mogła sobie wybaczyć, że nie było jej przy nim, gdy odchodził. To właśnie wtedy wycofała się z życia publicznego...

Skromna, pracowita, a do tego uderzająco piękna - Irena Karel miała w ręku wszystkie atuty. Aby zwiększyć swoje szanse na sukces, wzorem innych sławnych koleżanek zmieniła nawet nazwisko. Ambitna lwowianka uznała bowiem, że Karel brzmi znacznie bardziej światowo niż Kiziuk.

Reklama

Na egzaminy do Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Warszawie trafiła dzięki nauczycielce polskiego, Kazimierze Majerowej. To ona namówiła nastoletnią Irenkę, by spróbowała sił w konkursie recytatorskim. Tam po raz pierwszy pokazała, że ma nie tylko wygląd, ale również talent. Przeszła jak burza przez kolejne etapy, aż do tych ogólnopolskich.

Sukces dodał jej pewności siebie, gdy trafiła przed oblicze szacownej komisji egzaminacyjnej w PWST. Jej zadaniem było przedstawienie różnych interpretacji zdania: "Zdejmij, chamie, tę czapkę". Sprostała wyzwaniu, a asystował jej sam prof. Jan Świderski. Znalazła się w gronie 19 szczęśliwców, którzy dostali wtedy indeksy. Był to nie lada wyczyn, bo konkurencja była ogromna. O status studenta ubiegało się 2000 kandydatów!

Wylądowała w doborowym towarzystwie. Jej kolegami z roku byli m.in. Jan Englert, Maciej Damięcki i Marian Opania. Już rok po obronie dyplomu dostała pierwszą propozycję filmową. W 1965 r. wystąpiła w melodramacie "Pingwin" Jerzego Stefana Stawińskiego, a na planie poznała bożyszcze pań, Zbyszka Cybulskiego. Choć zagrała niewielką rólkę, widzowie zapamiętali atrakcyjną, zgrabną blondynkę, która była łudząco podobna do Brigitte Bardot.

Nawet wtedy, gdy jej nazwisko nie pojawiało się wypisane wielkimi literami na plakatach, bycie gwiazdą miała we krwi. Fani nie mogli wyjść ze zdumienia, że AzjaTuhajbejowicz, grany przez Daniela Olbrychskiego w "Panu Wołodyjowskim", wzgardził filmową Ewką Nowowiejską. Byli przekonani, że przewyższała urodą swoje koleżanki: Magdalenę Zawadzką i Barbarę Brylską. I to nie tylko na planie, ale i poza nim. Zawsze elegancka i modnie ubrana sprawiała, że męskie serca biły szybciej, a panie chciały wyglądać jak ona. Spoglądała na nie z licznych okładek czasopism.

W środowisku aktorskim wciąż popularna jest anegdota, jaki wpływ wywierała na ludzi. Pewnego razu jeden z hotelowych portierów, zachwycony urodą p. Ireny, powiedział jej, że jest całkiem ładną kobietą. Ta z uśmiechem podziękowała za komplement, jednak już następnego dnia mężczyzna znów ją zatrzymał. "Pani wcale nie jest ładna. Pani jest bardzo ładna" - poprawił się.

Do historii przeszło jej wykonanie w jednym z programów telewizyjnych piosenki z filmu "Mężczyźni wolą blondynki", na tle zdjęcia nagiej Marilyn Monroe, leżącej na czerwonej tkaninie. Niestety, ten zabieg artystyczny niezbyt spodobał się władzy ludowej, która potraktowała go jako naigrywanie się z klasy robotniczej. Zaowocowało to rocznym zakazem pracy dla telewizji...

Do Ireny Karel wzdychali koledzy po fachu, a w czasach studenckich - także profesorowie. Jednym z nich był Andrzej Łapicki, który wychodził z siebie, by zdobyć jej względy. Ona jednak nie zamierzała dostarczać nikomu powodu do plotek. Uległa znanemu amantowi dopiero, gdy ukończyła naukę. W 1967 r. na planie filmu "Poradnik matrymonialny" Włodzimierza Haupego połączył ich krótki romans. Chociaż imponowała jej atencja legendy polskiego aktorstwa, nie umiała sobie poradzić z tym, że Łapicki ma żonę i dwójkę dzieci w zbliżonym do niej wieku.

Dłuższa relacja połączyła ją podobno z Tadeuszem Rossem, ale uczucie nie przetrwało próby czasu. Wprawdzie rozpalała wyobraźnię panów, nie stroniąc od rozbieranych scen, ale poza tymi kilkoma romantycznymi epizodami nie była bohaterką skandali. Przez 15 lat była związana z warszawskim Teatrem Komedia.

Mimo wielu jej doskonałych kreacji, reżyserzy filmowi dostrzegali w niej jednak głównie zgrabną figurę i śliczną buzię. Nie przejmowała się tym i na planie zawsze dawała z siebie wszystko. "Nie ma małych ról, są tylko niedobrze zagrane" - mawiała. Czasami gubiła ją przesadna skromność. Gdy zaproponowano jej rolę Jagny w "Chłopach", jej kariera na dużym ekranie mogła ruszyć z kopyta. Ona jednak odmówiła i zaproponowała reżyserowi Janowi Rybkowskiemu... Annę Seniuk. Sama wcieliła się wtedy w drugoplanową postać Teresy. "Znałam swoje miejsce w szeregu" - wyznała po latach.

Mimo to udało jej się zdobyć sympatię widzów, którzy do dziś wspominają jej udział w "Stawce większej niż życie", gdzie zagrała kelnerkę Luzzi z Café Ingrid, "Rzeczpospolitej babskiej" z doskonałą rolą plutonowej Magdy Seniuk czy uroczą laborantkę Bożenkę z serialu "W labiryncie".

Gdy Ludwik Sempoliński zaproponował jej występy w kabarecie Dudek, była wniebowzięta. Jak twierdzi, lubi śmiać się z ludzkich przywar. To właśnie tam zapaliła pierwszego w życiu papierosa. "Profesorem od palenia była Barbara Rylska, a profesorem od pamięci - Irena Kwiatkowska" - wspominała. Okazało się, że także w komedii czuje się doskonale. Podobnie zresztą jak w konferansjerce. Razem z Januszem Gajosem poprowadziła przegląd piosenek partyzanckich.

Serca Ireny nie skradł jednak żaden z poznanych na planie przystojniaków, a niepozorny rozwodnik, operator Zygmunt Samosiuk (jego żoną była architekt i historyk sztuki Krystyna Szabłowska). Poznali się w 1970 r. przy pracy nad filmem "Dzień listopadowy", a cztery lata później stanęli na ślubnym kobiercu. Choć była zakochana do szaleństwa, z czasem coraz trudniej znosiła to, że jej ukochany ma słabość do mocnych trunków. Schodzili się i rozchodzili, a Karel dawała mu kolejne szanse. Ciągle wierzyła, że jeszcze uda im się stworzyć dom, mieć dzieci.

Gdy ukochany dziewięć lat po ślubie umierał z powodu choroby alkoholowej, była w podróży. Zmęczona codzienną szarpaniną, celowo przedłużyła pobyt w USA, choć mąż prosił ją, by wróciła. Śmierć Zygmunta i związane z tym wyrzuty sumienia sprawiły, że praca przestała dawać jej radość. Wycofała się z życia publicznego, nie zabiegała o role. Z premedytacją decydowała się tylko na niewielkie epizody, zapewniające jej minimum bezpieczeństwa finansowego.

Kilka lat temu w jej życiu nastąpił nieoczekiwany zwrot - odziedziczyła cenne tereny w Warszawie (naprzeciw zoo), należące przed wojną do jej rodziny. Rzadko pojawia się na planach filmowych - ostatni raz w 2013 r. w produkcji "Był sobie dzieciak", wcześniej zagrała w "Róży" Wojciecha Smarzowskiego i niewielką rolę w serialu "Plebania". Teraz znów gra, bo lubi. I na nowo udowadnia, że ma w sobie to "coś".

***

Zobacz więcej materiałów z życia gwiazd:

Dowiedz się więcej na temat: Irena Karel

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje