Przejdź na stronę główną Interia.pl

Grzegorz Damięcki po raz trzeci został ojcem w wieku pięćdziesięciu lat

Buntował się, gdy małżeństwo jego rodziców się rozpadło. Sam spełnił marzenia o rodzinie na dobre i na złe.

Kiedyś uważał, że granie w reklamach czy serialach jest niegodne zawodu aktora. Dziś, gdy stał się gwiazdą polskiego kina, przeprasza za tamte słowa. Przyznaje, że w trudnych finansowo momentach brał wszystkie dorywcze prace, by utrzymać rodzinę. Dubbingował filmy, grał w słuchowiskach, czytał powieści w radiu. Bo żona i trójka dzieci były i są dla niego najważniejsi. Stara się, aby niczego im nie zabrakło.

Reklama

− Musimy żyć godnie − podkreśla Grzegorz Damięcki. Na swoje 5 minut czekał ćwierć wieku. Gdy ukończył szkołę teatralną i najbardziej mu zależało na sukcesie, nikt się nim nie interesował. Zresztą w dzieciństwie nic nie zapowiadało, że wybierze zawód po ojcu, stryju i dziadku. Chcąc nie chcąc przesiąknął artystycznym życiem.

− W naszym domu bywał profesor Bardini, profesor Kotarbiński, Wojtek Młynarski, Dudek Dziewoński, Piotrek Fronczewski z bujną czupryną, świetnie zapowiadający się Marek Kondrat − wspomina. Tyle że wtedy jego bardziej pasjonowała zabawa z kolegami w wojnę czy granie w kapsle na podwórku.

Dodatkowo był tak nieśmiały, że przez osiem lat podstawówki nie potrafił wyznać uczuć koleżance, mimo że wszyscy w klasie, ukochana również, doskonale o nich wiedzieli. Żadną siłą nie można go było zaciągnąć na szkolną scenę, by powiedział wierszyk. Nauczyciele dziwili się, że chłopak nie wykazuje ciągot do aktorstwa. On wolał się buntować. Także przeciw rozwodowi rodziców, którzy rozstali się pod koniec lat 70.

Był nastolatkiem i bardzo przeżył ich rozstanie. W liceum nie zdał z klasy do klasy. Chodził z ogoloną głową i postawionym na cukier irokezem. Wtedy zaczął zbierać płyty gramofonowe. W wolnych chwilach grał na gitarze w zespole Lawa i głośno wykrzykiwał swój sprzeciw wobec świata. Wrażliwy, romantyczny. Wtedy postanowił sobie, że w przyszłości zbuduje inną rodzinę niż rodzice.

Danego słowa dotrzymał. Gdy poznał Dominikę, pieniądze na kolejny krążek do kolekcji przeznaczył na herbatę i ciastka. Szczuplutka, pięknie malująca dziewczyna, zauroczyła go. W 1991 roku wzięli ślub. Był wówczas początkującym aktorem z angażem w Teatrze Ateneum. Dominika została scenografką, projektantką wnętrz.

Miewali trudne chwile, które zdarzają się w każdym małżeństwie, ale je przetrwali. − Żona zna wszystkie mroczne strony mojego zawodu, przeżyła ze mną dwadzieścia siedem lat. Gdyby nie była silna, pewnie już dawno powiedziałaby mi: "Bardzo dziękuję" − przyznaje aktor.

Sam jest stały w uczuciach. Dochowali się z Dominiką trojga dzieci: nastoletnich Antka i Oli oraz półtorarocznej Janeczki. Ta ostatnia przyszła na świat, gdy Damięcki zbliżał się do pięćdziesiątki.

− Dostaliśmy prezent w postaci maleństwa. Nie wiem, w co ręce włożyć − mówi szczerze. Chciałby mieć teraz więcej czasu, by wspomóc żonę, ale stale dostaje kolejne propozycje zawodowe. Pierwszy raz w życiu może wybierać. W domu z trudem odpoczywa - tam też się dzieje.

Janeczka sprawiła, w ich mieszkaniu w kamienicy na warszawskim Żoliborzu trudno o chwilę ciszy. Okolica domu to jego miejsce na ziemi, niechętnie się stąd rusza. Ma tu swoje rytuały. Każdego dnia idzie po zakupy w małych okolicznych sklepikach, wita się z panem fotografem z zakładu na rogu, potem z zegarmistrzem, zamienia kilka słów z kwiaciarką. Skromny, kulturalny - jest bardzo lubiany przez sąsiadów.

Wolny czas Damięccy spędzają najchętniej razem. Aktywnie, na łonie natury. Ich ostoją jest Puszcza Kampinoska i siedlisko, które mają nad Wkrą. W niedzielę chodzą na spacery do Lasu Bielańskiego, niedaleko kościoła błogosławionego Edwarda Detkensa. Tutaj wierni mogą wysłuchać pięknych kazań księdza Drozdowicza.

− W niedzielę staramy się być w kościele pokamedulskim, u księdza Wojtka, którego obecność jest zawsze dla mnie oddechem − przyznaje aktor. Ceni to, co ma. Uważa, że dojrzał, bo częściej się wzrusza, docenia proste gesty, emocje.

− Mam coraz większe poczucie dramatyczności życia − opowiada. Dziś to on czuje się najstarszym mężczyzną w rodzinie. − Zamieniamy się rolami z moim tatą. Dotąd był dla mnie drogowskazem i prowadził mnie za rękę. To naturalny proces, ale dla mnie trudny − przyznaje.

Za każdym razem, spogląda w garderobie na zatknięte za lustro laurki dzieci. Z pięknymi rysunkami, pisane rymem. Ma całą kolekcję. Wie, że syn Antoni już łapie rodzinnego bakcyla, zna na pamięć wszystkie utwory Wojciecha Młynarskiego. Zanim zamknie drzwi i wyjdzie na scenę, dotyka dłonią napisu: "Aniele Boży, stróżu mój". By dostać dar skupienia tylko na rzeczach ważnych.

***

Zobacz więcej:

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje