Przejdź na stronę główną Interia.pl

Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

Fiolka Najdenowicz wyjawiła, dlaczego rzuciła śpiewanie. W Polsce głodowała!

Fiolka Najdenowicz (55 l.) na początku nowego tysiąclecia wylansowała przebój "Głośny śmiech", po czym zniknęła z polskiej sceny muzycznej. W najnowszym wpisie podaje powody.

Fani od lat dopytują ją, czy wyda kiedyś jeszcze nową płytę. Krążek "Fiolka", który ukazał się w 2001 roku, był ogromnym sukcesem, samą Najdenowicz okrzyknięto "polską Björk".

Reklama

Niestety, druga płyta nigdy nie ujrzała światła dziennego. Nieoczekiwanie Fiolka wyjechała z Polski i słuch o niej zaginął.

W 2017 roku wyszło na jaw, że polska gwiazda tuła się po Europie i dorabia jako pomoc domowa.

Obecnie mieszka w Londynie, gdzie pracuje jako kelnerka w restauracji. Pracę dostała natychmiast, gdyż Polacy znani są na Wyspach z tego, że potrafią ciężko pracować. Jest zadowolona ze swojego życia. Do śpiewania nie planuje już wracać nigdy. Jak notuje w swoim najnowszym wpisie, będąc gwiazdą w Polsce musiała liczyć każdy grosz, wciąż nie miała pieniędzy, poza tym "nie czuła się szczęśliwym człowiekiem jako wokalistka".

"Nieustannie martwiłam się, czy aby na pewno będę miała wystarczająco dużo koncertów, aby zapłacić rachunki, a gdy coś mi się psuło (czy to lodówka czy ząb) wpadałam w panikę, za co ja to odkupię/naprawię/wyleczę. Owszem, satysfakcja z udanych koncertów była ogromna, poczułam się szczęśliwa, gdy przyznano mi nagrodę akademii 'Fryderyk', ale to był jeden wieczór, do cholery. Doszło do sytuacji, że podczas kursu buddyjskiego podeszłam do Lamy i powiedziałam: kochany Lamo, dostałam nagrodę, a nie mam za co kupić sobie jutro obiadu. Lama popatrzył, po czym mi strzelił blessa, po którym do dnia dzisiejszego nigdy mi nie zabrakło jedzenia, ani dachu nad głową".

Artystka podkreśla, że muzycy mają lepiej niż wokaliści, gdyż "zawsze mogą dorobić, grając u Rodowicz czy w T.love". Osoba śpiewająca niestety już nie, dlatego ma "przegwizgane". Poza tym wokaliści są bardziej wrażliwi i mają tendencję do chorób psychicznych.

"Obejrzałam dokument na Netflixie o Jimie Morissonie, Janis Joplin, Hendrixie, Kurcie Cobainie i Amy Weinhouse. Łączyło ich jedno: ciężkie dzieciństwo, depresja i skłonność do uzależnień. Nie szukając za Oceanem, mogłabym wymienić od ręki co najmniej tuzin polskich wokalistek i wokalistów, którzy się zmagają z tą chorobą i za Chiny Ludowe i Azję Mniejszą nie określiłabym ich jako ludzi szczęśliwych, a są to najwybitniejsi polscy artyści. A co poszło nie tak z Whitney, Michaelem, Georgem, Prince'm itd.?" - pisze Fiolka.

Jako polski przykład podaje Edytę Bartosiewicz, która "przez dziesięć lat chorowała na depresję, nie wychodząc z domu".

Na koniec Fiolka apeluje do fanów, by nie oczekiwali od niej już nowej płyty.

"Nie namawiajcie mnie do powrotu do śpiewania i przyjmijcie ze zrozumieniem fakt, że sobie siedzę w Londynie, pracuję sobie spokojnie w restauracji, mam wyjebane, jeżdżę kilka razy do roku na wakacje, służbę zdrowia mam za friko i nie umieram ze strachu, jak w Polsce, że mnie zwolnią".


Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje