Reklama

Reklama

Reklama

Bożena Dykiel: Na nią zawsze można liczyć!

Rok temu mąż opiekował się Bożeną Dykiel (70 l.), gdy dochodziła do sił po operacji serca. Teraz role się odwróciły. Mąż wymaga jej wsparcia. I dostaje.

W lipcu ubiegłego roku Bożena Dykiel przeszła poważną operację serca. Zabieg się udał, ale lekarze martwili się, że tak aktywna osoba nie będzie potrafiła stosować się do ich zaleceń. 

Pani Bożena musiała bardzo o siebie zadbać, nie przeziębiać się, nie forsować, na swojej posesji pod Warszawą żyć jak kuracjuszki w sanatorium. Te słowa bardzo wziął sobie do serca mąż artystki, Ryszard Kirejczyk (75). 

Pan Rysio – jak mówi o nim aktorka – natychmiast zaczął działać. Wziął na siebie większość prac w ogrodzie ich pięknej posesji w okolicach Puszczy Kampinoskiej, organizował dom, zawoził na specjalistyczne badania. Został aniołem stróżem żony.

Reklama

"Nie czyszczę już rynien i dachu (...). Staram się robić najmniej jak potrafię" – opowiedziała o tej „przemianie” pani Bożena. 

Dzięki mężowi szybciej wróciła do sił i na plan serialu „Na Wspólnej”. On osobiście pilnował, żeby się nie przemęczała. 

By mieć dla niej więcej czasu, zrezygnował nawet z etatu dyrektora Związku Autorów i Producentów Filmowych i w styczniu tego roku przeszedł na emeryturę.

Męża uważa za dar losu, to jej wielka miłość i autorytet. 

Dziś role się odwróciły. To pani Bożena musi zadbać o męża. Pan Rysio, kiedyś wulkan energii, poddaje się wiekowi. W ósmej dekadzie życia coraz częściej narzeka na złe samopoczucie. Brakuje mu sił i ochoty na nowe wyzwania.

Coraz mniej chętnie wychodzi z domu.

"Po śniadaniu 'wyprowadzam' na spacer pana Rysia. 'Dłużej niż godzinę nie chodzę, pamiętaj!', wykłóca się" – żali się artystka.

I szuka innych sposobów motywacji. Pani Bożena od dawna ćwiczy mundry, czyli gesty, które pozwalają się wyciszyć i ozdrowieć. 

Wierzy, że ich „tajemna” moc pomoże też mężowi. Są przecież jak dwie połówki jabłka. Po spędzonych wspólnie czterdziestu latach wciąż są w sobie zakochani jak w dniu, gdy po raz pierwszy spojrzeli sobie w oczy w... Japonii, na planie filmu „Ognie są jeszcze żywe”.

Pani Bożena zagrała tam jedną z ról, Ryszard był kierownikiem produkcji.

"Bardzo o mnie dbał" – wspomina. 

"Zakochaliśmy się w sobie. Bogu dzięki, że go przywiozłam, to moja największa zdobycz filmowa" – żartowała aktorka. 

Choć nie zawsze w ich związku była sielanka.

"Nie ma takich związków, gdzie wszystko idzie jak po maśle i jest słodzone miodem. Zawsze są sprzeczki, nieporozumienia... Ważne, żeby potem się godzić" – mówi. 

Jest wdzięczna losowi za „pana Rysia”. Męża niezmiennie od lat uważa za ideał mężczyzny. Nie ukrywa, że jest też dla niej największym autorytetem. 

"On jest domową mądrością. Zna odpowiedź na każde pytanie. Nigdy nie dał mi nawet najmniejszych powodów do narzekań. Od samego początku miałam w nim ostoję i wielkie oparcie" – opowiada.

Życie domowe to największy sukces gwiazdy, które wiele koleżanek po fachu stawia sobie za wzór. Aktorka i mąż nie lubią się rozstawać nawet na krótko. Cieszą się z dwóch wspaniałych córek, Zosi i Marysi, szaleją za czwórką wników: Maksymilianem (12), Maciejem (10), Marysią (8) i Anią (4). 

Mała gromadka uwielbia wizyty u dziadków, a trzeba mieć dużo energii, by dotrzymywać im kroku. To ważny argument, który przemawia także do „pana Rysia”. 

Tym stara się motywować męża.

"W żadnym wypadku nie wolno się poddawać starości!" – mówi aktorka.


Świat & Ludzie
Dowiedz się więcej na temat: Bożena Dykiel

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy