Przejdź na stronę główną Interia.pl

Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

Anna Popek po rozwodzie zmienia swoje życie!

Anna Popek (47 l.) wiele lat mieszkała w wynajmowanych mieszkaniach. Dopiero po rozwodzie zdecydowała się wziąć ogromny kredyt i kupić coś własnego. "Po przeliczeniach wygrał zdrowy rozsądek" - śmieje się.

W pani życiu wielkie zmiany. Na dobre?

Reklama

Anna Popek: Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie, ponieważ z jednej strony jestem konserwatystką z przekonania i do zmian podchodzę jak pies do jeża, a z drugiej je uwielbiam, bo to one nas odmładzają i wyzwalają życiową energię. Mam więc do nich podejście ambiwalentne. Nie jest tak, że szukam ich na siłę. Ale jak już się zdarzają, to naprawdę z nich się cieszę.

Dlaczego niektórzy ludzie tak bardzo się ich boją?

A.P.: - Może dlatego, że każda zmiana wymaga od nas mnóstwa energii. Poza tym jest takie ładne powiedzenie, że nie lubimy zmian dlatego, że z pozycji mistrza stajemy się uczniem. A tego chyba nikt nie lubi. W końcu każdy z nas chce być guru w swojej dziedzinie. Ale wydaje mi się, że bycie uczniem to też fajne zadanie. Wtedy znowu stajemy się osobą młodą, która z ciekawością patrzy na świat, słucha i uczy się.

Czego zatem uczy się pani w trakcie przeprowadzki?

A.P.: - Te wszystkie sprawy związane z kafelkami, rurami - powiem pani, że ich nie znoszę. Ale muszę je zrobić jak najlepiej, żeby za chwilę nie trzeba było ich poprawiać. A w związku z tym, że muszę osobiście stawić czoło tym problemom, być może wpłyną one na zmianę postrzegania tych spraw przeze mnie. Podjęłam się ciekawego wyzwania.

Co zadecydowało o pani przeprowadzce?

A.P.: - Ekonomia. Mieszkałam w wynajętym mieszkaniu i zwyczajnie nie opłacało się już dłużej tam być. Chociaż nie ukrywam, że dobrze nam tam było, bo mieszkanie znajdowało się w świetnym punkcie. Jednak, po przeliczeniach, wygrał zdrowy rozsądek, który zmobilizował mnie do tego, aby wziąć kredyt i kupić nam coś ładnego.

Jak wygląda to pani nowe gniazdko?

A.P.: - Ma trzy pokoje, dwie łazienki i będzie urządzone właściwie przez moją młodszą córkę Gosię, bo okazało się, że ma do tego talent. Potrafi wyszukiwać ładne rzeczy i bardzo skutecznie przekonać pozostałych członków rodziny, aby przystali na jej propozycję. A w związku z tym, że nie lubię tego robić sama, to zdałam się na nią.

Polega pani tylko na córce?

A.P.: - W pogotowiu mam zaprzyjaźnioną panią architekt Magdalenę Ostrowską-Miśkiewicz, która także ma dwie córki i podobnie jak ja myśli o aranżacji. Lubi ciepłe, spokojne, kobiece wnętrza, ale nieprzepełnione słodyczą. Nie chcę, aby w nowym mieszkaniu zbyt wiele przedmiotów rozpraszało moją uwagę.

Do tej pory przenosiłam się razem ze starymi meblami, które były trochę przypadkowe. Teraz chciałabym, aby nowe gniazdko było spójne, bo człowiek ma w domu odpoczywać i tworzyć. Muszę mieć w nim miejsce do pracy, do pisania książek i do odpoczywania.

Córki mają podobne do pani wymagania?

A.P.: - Gosia chce mieć hipsterski, surowy styl. A Oliwce to wszystko jedno, bo ma w sobie ducha wolności i pragnie jedynie tego, aby mieszkanie było wygodne i nie miało zbyt wielu rzeczy do sprzątania.

A propos Oliwki, dostała się na wymarzone studia?

A.P.: - Dostała się na politechnikę - na inżynierię środowiska. Będzie pierwszy inżynier w rodzinie!

To musiał być dla was trudny czas?

A.P.: - Na szczęście nie. Ona bardzo dobrze poradziła sobie z tym wszystkim. Skrupulatnie zaplanowała przygotowania do matury i ściśle ich przestrzegała. Oczywiście pomagaliśmy jej w miarę naszych możliwości i była zwolniona z większości domowych obowiązków. Chciałyśmy, aby miała spokojną głowę. A poza tym gotowałam jej rzeczy, które lubi, między innymi jej ukochaną zupę pomidorową.

Była zdecydowana na konkretny kierunek?

A.P.: - Oliwka ma impulsywny sposób działania. Wiele rzeczy ją interesuje - od malarstwa poprzez przyrodę, aż po kontakty z ludźmi. Dlatego chciała połączyć wszystkie swoje zamiłowania. I inżynieria środowiska wydała się strzałem w dziesiątkę.

Studia ją przerażają, czy wręcz przeciwnie?

A.P.: - Podchodzi do tego tematu na spokojnie. Raczej cieszy się niż obawia. Ja półżartem powtarzam jej tylko, aby zaczęła ubierać się jak studentka, bo jak na razie ma styl mocno sportowy. Nie martwię się tym jednak, bo wiem, że młodsza siostra z pewnością jej w tym aspekcie pomoże.

A pani jak wspomina studenckie czasy?

A.P.: - Niestety, nie do końca skorzystałam ze wszystkiego, co oferowały studia. Ale i tak było miło, bo uczyłam się wielu ciekawych rzeczy. Byłam przewodniczącą Koła Naukowego Językoznawców i organizowałam dla naszej grupy integracyjno-szkoleniowe wyjazdy. Jednak gdybym miała raz jeszcze studiować, to pewnie działałabym na różnych frontach bardziej intensywnie. Ale przecież nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Przynajmniej zdobyłam wiedzę, którą teraz mogę przekazać córkom i od razu radzę im, aby zapisywały się wszędzie tam, gdzie znajdą dla siebie coś ciekawego.

Pani Aniu, a wierzyła pani wtedy w siebie?

A.P.: - Faktycznie... Przez lata miałam z tym problem. Ale teraz jest inaczej. Im jestem starsza i im mniej czasu pozostało mi na życie, tym bardziej wierzę w siebie. A wiara jest podstawą, aby cokolwiek zdziałać. Bez niej nie ma sensu czegokolwiek zaczynać. Wtedy lepiej byłoby poleżeć i poczytać książkę. Stało się coś jeszcze, nareszcie przestałam wszystko planować, nie myślę, co czeka na mnie za zakrętem. Dziś już wiem, że życie i tak nas zaskoczy. Ale i tak wszystko zależy od nas, prawda? Wszystko jest w naszych rękach. A każdy z nas, jak wiadomo, dąży do szczęścia. Jednym z podstawowych warunków bycia szczęśliwym jest bycie sobą. Niestety, ludzie mają problem ze zdefiniowaniem tego pojęcia.

WideoPortal/x-news

Pani go nie ma?

A.P.: - Ja sama miałam taki kłopot przez lata. Szukałam, rozwijałam się, czytałam i w końcu odpowiedź przyszła sama. Mój dobry kolega opowiedział mi kiedyś fajną historię. Miał trudny czas w życiu i późnym wieczorem znalazł się na dworcu w Katowicach. Zostały mu ostatnie, drobne pieniądze na coś do zjedzenia. Ale idąc do baru, zobaczył stoisko z książkami, a że do kolejnego pociągu miał jeszcze trzy godziny, to pomyślał, że zamiast bułki kupi sobie książkę. Podszedł do stoiska i w stosie książek wypatrzył jedną. "Kto decyduje o Twoim szczęściu" - taki był jej tytuł. Kupił ją. Znalazł ustronne miejsce i w spokoju oddał się lekturze. Otworzył ją i wie pani co było na pierwszej stronie? Lusterko. To zdarzenie zmieniło jego życie.

I jak teraz wygląda jego szczęście?

A.P.: - Chłopak ma dobrze prosperującą firmę, kończy studia podyplomowe, jest lubiany i szanowany. Mówi, że to właśnie od tego spotkania z samym sobą na dworcu wszystko się zaczęło. Utwierdziło mnie to tylko w przekonaniu, że to nie my decydujemy o tym, co nas w życiu spotyka, ale za to my mamy wpływ, jak na to reagujemy.

Alicja Dopierała

Dowiedz się więcej na temat: Anna Popek

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje