Niezależność to jej główna cecha. Aktorka wyniosła ją z domu rodzinnego, który kojarzy jej się z ciepłem i świąteczną atmosferą. Swój zbudowała z mężczyzną, z którym połączyła ją miłość do teatru. Tygodnikowi "Dobry Tydzień" gwiazda "Barw szczęścia" opowiedziała m.in. o małżeństwie, dzieciństwie oraz emeryturze.
Niebawem będzie pani obchodzić 60. urodziny. Czego pani życzyć?
- Przede wszystkim zdrowia. To najważniejsze. No i żeby szczęście mi dopisywało.
Czy z tej okazji szykuje pani jakieś duże przyjęcie?
Imprezy nie planuję - będę wtedy na Antarktydzie. Wybieram się tam razem z mężem. Na ponad miesiąc. Zamierzamy m.in. pływać statkiem polarniczym, a urodziny spędzę wśród pingwinów, morsów i fok. Zapowiada się ekstremalnie. I bardzo ciekawie, bo oboje kochamy podróże. A mąż w szczególności - tą pasją zarazili go rodzice. Proszę sobie wyobrazić, ci 90-latkowie ciągle gdzieś jeżdżą. Mają już problemy z chodzeniem, ale korzystają z pomocy opiekunów. Teraz właśnie polecieli do Mombasy. Gdy nam zdradzili swoje plany, złapaliśmy się za głowy, podobnie jak ich lekarz. Powiedział nam: Zaradźcie coś! A teść na to: Nie powstrzymujcie nas. Wiemy, co robimy.
Od 37 lat ma pani u swego boku kochającego męża, Stanisława. Jaka jest recepta na udany związek?
- Przede wszystkim wspólnota poglądów i pasji, a tą na pewno jest teatr. Połączyła nas w końcu miłość do niego. Tam się nawet poznaliśmy. W Teatrze Narodowym, gdzie oboje graliśmy. Pamiętam, że praktycznie nie wychodziliśmy wtedy z pracy - tak ją uwielbialiśmy. I do dzisiaj jest głównym tematem naszych rozmów, nawet w domu. Mąż jednak czasem próbuje mnie od tego oderwać, zabierając w jakąś podróż. To nam pomaga.
Jesteście do siebie podobni pod względem charakterów, temperamentów?
- Absolutnie różni. Ja bardzo spokojna, opanowana, a mąż energiczny, jakby miał ADHD (śmiech). Ale tworzymy świetny tandem. Może właśnie dlatego udało nam się wytrwać razem przez tyle lat?
Czytaj dalej na następnej stronie...


Kryzysy jednak zdarzają się w każdym małżeństwie...
- Oczywiście, i w naszym też. One nas mobilizują i popychają do przodu. Gdy jedno z nas ma kryzys, to drugie stoi murem za nim. A kiedy dopadnie nas oboje, wtedy nawzajem się wspieramy. Wyszliśmy już z wielu zakrętów, i to jest fantastyczne.
Wasze dzieci, Basia i Jurek, są już dorosłe. Chciałaby pani zostać babcią?
- Bardzo! Jednak, niestety, to nie ode mnie zależy. Czasy się trochę zmieniły i kobiety coraz częściej decydują się na pierwsze dziecko dopiero po trzydziestce. Córka oczywiście myśli o macierzyństwie, ale chyba jeszcze nie teraz. A syn na razie skupia się na robieniu kariery. Ale wierzę, że kiedyś doczekam się wnuków, będę kochającą babcią.
Basia i Jurek nie mieszkają już z panią pod jednym dachem. Ciężko było się pogodzić z faktem, że wyfrunęli z rodzinnego gniazda?
- Nie było tak tragicznie. Miało to nawet dobre strony. Nasz dom jest niewielki i zawsze brakowało na coś miejsca. Teraz zrobiło się luźniej. W pokoju córki mam jedną szafę, w pokoju syna drugą. Pasuje mi to (śmiech).
Rodzice wychowali panią na niezależną kobietę... - To prawda. Jestem im za to bardzo wdzięczna. Niezależna jestem finansowo, artystycznie, społecznie. Można powiedzieć, że w każdej dziedzinie życia. Nie wyobrażam sobie bowiem, bym musiała prosić męża o pieniądze na cokolwiek. Cenię to w sobie. Stanisław zresztą też. Tej samodzielności uczyliśmy także nasze dzieci. Ich wychowanie łączyła pani z intensywną pracą. - Powiem panu szczerze... Gdy dzieci były w wieku szkolnym, często mi wymawiały, że poświęcam im za mało czasu, nie uczestniczę w ich życiu. Te słowa były dla mnie ciosem w samo serce. Tym bardziej że się z tym nie zgadzałam. Teraz, z perspektywy lat, Basia i Jurek mówią co innego. Nie rozumieją tamtych pretensji. Wręcz przeciwnie: cieszą się, że już wtedy miały tak zaradną i niezależną mamę.

Żałuje pani czegoś w życiu?
- Zacznijmy od tego, że nie cierpię się oglądać za siebie. Nigdy nie myślę: To zrobiłam źle, tamto jeszcze gorzej... Trzeba iść do przodu, a problemy traktować jak ważną lekcję. Po to w końcu je mamy, aby się czegoś nauczyć, coś zrozumieć. Śmiało mogę powiedzieć, że niczego w życiu nie żałuję.
Na emeryturę się pani nie wybiera?
- Nie zamierzam. Uważam, że człowiek jest tyle wart, ile warta jest jego praca. A swoją bardzo lubię, nie chcę jej porzucać. Poza tym pragnę nadal grać, choćby ze względów ekonomicznych. Bo nie oszukujmy się, ale za 1100 złotych emerytury, otwiera się w nowym oknie, bo tyle dostanę, wcale nie tak łatwo utrzymać siebie i zwierzęta.
Rozmawiał: Kamil Waszczuk








