Przejdź na stronę główną Interia.pl
Przejdź na stronę główną Interia.pl

Agnieszka Kotulanka: Mija rok od śmierci aktorki. Na światło dzienne wychodzą nieznane fakty

Trudno uwierzyć, że minął rok od niespodziewanej śmierci Agnieszki Kotulanki (†61 l.). Długo walczyła ze swoimi demonami. Dla siebie, dzieci i... widzów.

Za namową córki podjęła terapię. Wszyscy mieli nadzieję, że gwiazda "Klanu" wyjdzie na prostą. Niestety, stało się inaczej...

Reklama

- Każdy, kto znał moją mamę, widział, że była osobą z dużym dystansem do świata i o wielkim poczuciu humoru - powiedział podczas pogrzebu jej syn, Michał.

Rzeczywiście, ze zdjęcia przy urnie spoglądała piękna, uśmiechnięta kobieta, jak gdyby żadne problemy tego świata nigdy jej nie dotykały. Ale nie była to prawda. Agnieszka Kotulanka nie czuła się spełniona ani w życiu prywatnym, ani w zawodowym. I nie tylko ostatnie lata były tak bardzo trudne...

W dzieciństwie starała się sprostać oczekiwaniom wymagającego ojca. Pozowała na twardą dziewczynę, ale w środku była bardzo wrażliwa i nieśmiała. Jej wielką pasją była piosenka. Po maturze poszła do średniej szkoły muzycznej. Potem w kabarecie Marcina Wolskiego mogła robić to, co kochała.

Na 23. Festiwalu Piosenki w Opolu, podczas koncertu piosenki kabaretowej i aktorskiej, odniosła wielki sukces. W Teatrze Telewizji grała u boku Łomnickiego i Krafftówny. A to dopiero był początek, rozkręcała się i chciała więcej...

Wtedy jej mąż, aktor Jacek Sas-Uhrynowski (61 l.), postanowił szukać szczęścia poza krajem. Agnieszka pojechała za nim wraz z 4-letnim Michałem, zostawiając 2-letnią Kasię ze swoimi rodzicami. Brak pracy i tęsknota za córką sprawiły, że po dwóch latach wróciła.

Sukces na Festiwalu Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu uświadomił aktorce, że jej miejsce jest w Polsce. - Chciała śpiewać. Na estradzie czuła się jak ryba w wodzie. Była wtedy naprawdę szczęśliwa i radosna. Chciała wrócić do teatru.

Potrzebowała kontaktu z widzem. Szukała potwierdzenia, że jest dobra - mówi jej dawny kolega. Niestety, po powrocie z Kanady nigdy już nie odzyskała swej dawnej pozycji. Pracowała głównie w dubbingu. Nawiązała wprawdzie współpracę z teatrem Kwadrat, Komedia i Syrena, gdzie grywała w lekkich fasach, ale nigdzie nie czuła się u siebie.

Po latach otrzymała w "Klanie" jedną z głównych ról. Serial przyniósł jej miłość widzów i wielką sławę, zwieńczoną Telekamerą Teletygodnia, ale tak naprawdę rola Krystyny Lubicz nie była szczytem jej marzeń...

W kuluarach powtarzano, że często narzekała, że na plan przychodzi jak do fabryki i jest znużona, że brakuje jej ambitnego teatru i dobrych spektakli muzycznych jak ten z piosenkami Wojciecha Młynarskiego "Niedziela na Głównym" w Teatrze Buffo, gdzie wystąpiła w 2001 roku. Ale niestety, widziano w niej już tylko Krystynę Lubicz, której w głębi serca nie znosiła.

Potwierdza to Ilona Łepkowska: - Myślę, że ten serial bardzo ją ograniczył - mówi scenarzystka "Klanu". - Mimo ogromnego talentu, przestała dostawać inne role. Marnowała się zawodowo i czuła się niedoceniona. Wiem, że jej to doskwierało i mogło przyczynić się do jej problemów, z którymi niestety sobie nie poradziła.

***

Zobacz więcej materiałów:



Dowiedz się więcej na temat: Agnieszka Kotulanka

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje