Maryla Rodowicz miała zaledwie 19 lat, gdy postanowiła - jak mówi - wyrwać się z "ciasnego" Włocławka, gdzie nie było miejsca dla takich kolorowych ptaków jak ona.
"Szkoda mi było uciekających lat. Byłam prawie pewna, że dostanę się do Akademii Wychowania Fizycznego, więc pojechałam do Warszawy na egzaminy. Ale wiedziałam, że moim przeznaczeniem jest estrada. Śpiewałam od dawna..." - wspominała w autobiografii.
Wieść o tym, że na AWF dostała się atrakcyjna śpiewająca dziewczyna, bardzo szybko dotarła do założycieli zespołu bigbitowego Szejtany z akademickiego klubu Relax. Tak się złożyło, że szukali wokalistki.
Maryla bez chwili wahania zgodziła się dołączyć do nich, choć zdawała sobie sprawę, że śpiewaniem raczej nie zarobi na utrzymanie w stolicy.
Maryla Rodowicz zawsze umiała o siebie zadbać
Grupa Szejtany koncertowała za "co łaska".
"Dostawałam na początku marne grosze - kilkadziesiąt złotych, raz dojechałam do dziewięćdziesięciu, ale i tak wrzucaliśmy swoje honoraria do wspólnego kapelusza" - wyznała w książce "Niech żyje bal".
Maryla nie miała kolegom za złe tego, że oszczędzali każdy grosz na zakup porządnej aparatury nagłośnieniowej i wzmacniaczy. Z drugiej strony... musiała przecież mieć za co opłacić akademik i kupić coś do jedzenia.
"Dorabiałam myciem okien razem ze swoim chłopakiem, gitarzystą basowym. On rozkręcał, ja robiłam resztę. Dostawaliśmy dwadzieścia złotych od okna" - napisała po latach w autobiografii.
Przyszła gwiazda nie bała się ciężkiej pracy. O to, by umiała się o siebie zatroszczyć, zadbała jej mama.
Gdy po maturze Maryla nie dostała się na wymarzone studia do Akademii Sztuk Pięknych, matka kazała jej znaleźć sobie jakieś źródło dochodu.
"Razem z mężem inżynierem postanowili, że powinnam pójść do pracy. Uważam do dziś tę decyzję za okropny błąd. Zamiast przygotować mnie do egzaminów w następnym roku, załatwili mi pracę w inwentaryzacji" - opowiada piosenkarka.
Mama chciała nauczyć ją szacunku do pracy i pieniędzy
Maryla Rodowicz przez dwa lata wstawała bladym świtem i biegła do wytwórni wód gazowanych, by godzinami liczyć puste skrzynki ustawione na placu. Popołudniami natomiast pracowała w pasmanterii.
"Podliczałam niekończące się słupki w sklepie z guzikami. Jedyna wyniesiona z tego korzyść, nikomu zresztą niepotrzebna, jest taka, że szybko dodaję" - napisała w "Niech żyje bal".
Maryla przyznaje, że celem jej mamy było nauczenie jej szacunku do pracy i - przede wszystkim - do pieniędzy.
"Takie było założenie. Ale ja swoją pensję, całe siedemset złotych, wydawałam od razu pierwszego dnia. I to mi zostało do dzisiaj" - wyznaje królowa polskiej piosenki.
Pewien mężczyzna oferował jej dziesięć tysięcy dolarów za zostanie jego żoną
Zanim Maryla Rodowicz dołączyła do grona najpopularniejszych i, co za tym idzie, najlepiej zarabiających gwiazd, uważała, że - to jej słowa - jakoś sobie poradzi.
"W ostateczności mogłam sobie znaleźć bogatego męża" - żartuje i dodaje, że nigdy nie mogła narzekać na brak adoratorów.
"W USA był taki jeden ze wszystkimi złotymi zębami. Szukał kobiety, która by mu pole obrobiła. Padło na mnie. Miał bardzo dużo ziemi, a ja zdrowo wyglądałam. Na koniec trasy, a jeździł na każdy koncert, wręczył mi bukiet kwiatów. Było w nim sto dolarów" - opowiadała we wspomnianym wywiadzie.
Kilka tygodni po powrocie ze Stanów Maryla dostała od swojego wielbiciela list z ofertą matrymonialną.
"Proponował ożenek za dziesięć tysięcy dolarów minus tych sto" - wspomina.
Maryli oświadczył się także starszy mężczyzna spod Opola, którego największym marzeniem było, żeby piosenkarka urodziła mu syna.
"Miał dużo ziemi, a ja mu wyglądałam na taką, co i w polu porobi, i dzieci będzie rodzić na zawołanie. Oferował dużo swobody - na przykład wyjście do sąsiada, który miał telewizor" - wspominała dla Vivy.
Może pozwolić sobie na luksus niemartwienia się, co będzie
Dziś Maryla Rodowicz - jak niedawno podał "Super Express" - dostaje za jeden koncert nie mniej niż pięćdziesiąt tysięcy złotych. Nie wyobraża sobie, jak mogłaby przeżyć za dwa tysiące miesięcznie, bo tyle właśnie wypłaca jej ZUS.
"Muszę śpiewać do końca życia. Na szczęście lubię to robić. Tak się dobrze składa. Bo wiadomo, jakie są emerytury. To nie są pieniądze, za które można się utrzymać" - stwierdziła w wywiadzie dla "Super Expressu".
Maryla może sobie pozwolić na luksus niemartwienia się o przyszłość. Mówi, że gdy była młoda, bała się tego, co będzie. Teraz w ogóle jej to nie interesuje.
"Nie żyję do przodu. Nieważne, co będzie za tydzień, miesiąc czy rok. Ważne jest dla mnie dzisiaj" - zadeklarowała w "Vivie!".
Źródła:
1. Książka M. Rodowicz "Niech żyje bal", wyd. 1992
2. Wywiady z M. Rodowicz "Viva!" (maj 2024)
3. Artykuł "Fortuna Maryli Rodowicz", "Super Express" (maj 2025)
Czytaj też:
10 miesięcy po występie z Rodowicz Ralph Kaminski wyznał prawdę. "Trudno się współpracuje"
Nie do wiary, do czego doszło na koncercie Rodowicz. Sceny takie, że ludzie łapali się za głowę








