Reklama

Reklama

Reklama

Odpowiadał za śmierć żony Polańskiego i męża Osieckiej. Charles Manson – morderca, który nigdy nie zabił

Mimo że nie żyje od kilku lat, jego postać wciąż przeraża. Charles Manson († 85 l.) był ucieleśnieniem diabła, który do perfekcji opanował sztukę manipulacji. Jego wyznawcy ślepo mu wierzyli i choć on sam nigdy nie dokonał żadnego mordu, oni dopuścili się straszliwych zabójstw. Oto mrożąca krew w żyłach historia zbrodniarza.

Kim był Charles Manson?

Charles Manson urodził się w 1934 r. Jego matka (narkomanka i alkoholiczka) często oddawała go pod opiekę obcych ludzi, a ojca nie znał. W wieku 9 lat po raz pierwszy trafił do ośrodka poprawczego. Później z powodu kradzieży i fałszerstw odbywał kilka kar w więzieniu.

W 1960 r. został skazany na dziesięć lat, ale zwolniono go przed upływem tego terminu. Wtedy zachwycił się ruchem hipisowskim, który był idealny dla niego pod kątem werbowania oraz indoktrynowania przyszłych członków tworzonego ugrupowania. Manson skrupulatnie dobierał osoby do "Rodziny" - głównie były to młode, białe kobiety z zamożnych rodzin, które w sobie rozkochiwał.

Reklama

Swoim magnetyzmem budził niebezpieczną fascynację. Przyciągał ludzi mowami o życiu wiecznym, a jego sekta stopniowo się powiększała. Siedzibą stuosobowej grupy było opuszczone ranczo niedaleko Los Angeles. Wyznawcy Mansona wraz ze swoim przywódcą odcięli się od świata zewnętrznego, spędzając całe dnie na narkotycznych transach, przeplatanych seksem i naukami swojego nauczyciela.

Zbrodnia, którą zaplanował Charles Manson

Od momentu, kiedy satanistyczna grupa Mansona zabiła Sharon Tate (†26 l.), ówczesną żonę Romana Polańskiego (89 l.), minęło ponad 50 lat. Znana aktorka była w ósmym miesiącu ciąży, dlatego bestialstwo zbrodni przeraża do dziś. Zginęła z rąk 21-letniej zabójczyni, Susan Atkins. Oprócz Tate zamordowano także jej znajomych.

9 sierpnia 1969 r. w willi na przedmieściach Beverly Hills, którą wynajął Roman Polański, aktorka układała się do snu, rozmawiając jeszcze ze swoim stylistą fryzur - Jayem Sebringiem (†32 l.). W salonie jej koleżanka, Abigail Folger (†25 l.), czytała książkę, a obok spał narzeczony dziewczyny i przyjaciel Polańskiego - Wojciech Frykowski († 32 l.). Reżyser był w tym czasie nieobecny, ponieważ przebywał w Europie.


Nikt z nich nie usłyszał strzałów przy bramie, od których właśnie zginął Steven Parent, przypadkowy student. Zabił go Watson - mężczyzna wysłany w towarzystwie trzech dziewczyn przez Charlesa Mansona. Weszli przez okno do salonu i sprowadzili do jednego pomieszczenia wszystkich domowników. Wtedy zaczęli przerażającą rzeź.

Okrutne morderstwa, jakich dokonali wysłańcy Mansona

Pierwszy od strzału w plecy zginął Sebring, który błagał, by oszczędzić ciężarną Sharon Tate. Potem na szyję aktorki Watson zarzucił pętlę z nylonowej żyłki i zaczął ją podduszać. Kiedy związany Frykowski zerwał więzy, zbrodniarz, zakończył jego życie, zadając mu 51 ciosów nożem.

Folger umarła przedostatnia w ogrodzie koło basenu. Zamordowała ją Krenwinkel, kolejna z oszalałych morderczyń. Sharon Tate zginęła ostatnia. Kiedy Atkins zaciągnęła aktorkę w stronę kanapy, ta błagała, by darowali jej życie, jednak zabójczyni rzuciła się na nią z nożem. Tak zeznała podczas późniejszego procesu:

"Byłam pod wpływem narkotyków. Nie wiem, ile ciosów nożem jej zadałam, i nie wiem, dlaczego to zrobiłam. Ona błagała mnie i błagała, i znów błagała, abym tego nie robiła. Miałam dość jej gadania i dlatego zaczęłam zadawać jej ciosy nożem".

Przed ucieczką Atkins napisała na drzwiach wejściowych "świnia", umoczonym we krwi aktorki ręcznikiem.


Zbrodniarze skazani na dożywocie

Kolejnej nocy ludzie Mansona znów wyruszyli na poszukiwanie ofiar. Tym razem zabili małżeństwo w Los Feliz, które wskazał im guru. Wszystkich udało się schwytać dopiero parę miesięcy później. Proces członków "Rodziny" zakończył się wyrokami dożywotniego więzienia, gdyż w Kalifornii, gdzie byli sądzeni, nie wykonywano kary śmierci. W trakcie ich osądzania wyszły na jaw również inne morderstwa, m.in. zabójstwo Gary’ego Hinmana. Charles Manson zmarł po czterdziestu sześciu latach w więzieniu, 19 listopada 2017 r.

Prawdziwe sceny z życia samozwańczego guru wykorzystał w swoim filmie "Pewnego razu... w Hollywood" Quentin Tarantino, który w 2019 r. zaprezentował życie aktorów pod koniec lat 60. ubiegłego wieku. Produkcja stała się hitem i otrzymała trzy Złote Globy oraz dziesięć nominacji do Oscara, które przełożyły się na dwie statuetki - dla aktora Brada Pitta oraz dla Barbary Ling i Nancy Haigh za najlepszą scenografię.

Wydarzenia z 8 sierpnia 1969 r. zapamiętano jako jeden z najbardziej szokujących i makabrycznych aktów przemocy. Motywy Mansona i jego sekty nie są znane, ale w czasie procesu okazało się, że poprzednim właścicielem domu, który wynajął Polański, był Terry Melcher. Mężczyzna wcześniej odmówił podpisania kontraktu z Mansonem. Przypuszcza się, że to on miał być ofiarą.

Susan Atkins, która w więzieniu zmarła w 2009 r. jeszcze podczas procesu została zapytana o to, czy czuje się winna. Tak odpowiedziała:

"Nie czuję się winna za to, co zrobiłam. To było słuszne. Jak by mogło nie być, jeśli robiłam to z miłości".

Czy miłość może być aż tak ślepa i chora, by mordować niewinnych ludzi?

Zobacz też:
Był mężem Agnieszki Osieckiej. Marzył, by zostać producentem filmowym, ale w Hollywood czekała na niego śmierć...

Licytacja filmu porno z Marilyn Monroe

Sławną aktorkę zamordował mąż, który sypiał z jej matką? Tajemnicza śmierć Brittany Murphy

Tu zamordowano Sharon Tate. Posiadłość wystawiono na sprzedaż



pomponik.pl
Dowiedz się więcej na temat: charles manson

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy