Przejdź na stronę główną Interia.pl
Przejdź na stronę główną Interia.pl

Zbigniew Zamachowski: Jestem spokojny do pewnego momentu

Zbigniew Zamachowski (57 l.) rzadko udziela wywiadów. Od błysku fleszy - w przeciwieństwie do żony - stroni. Woli zacisze teatralnej garderoby. W wywiadzie dla tygodnika "Świat i Ludzie" aktor szczerze opowiedział o dzieciństwie, zmianach, jakie zaszły w jego życiu po ślubie z Moniką oraz o swojej prawdziwej naturze...

Świat i Ludzie: Czy po 38 latach wciąż ma się tremę przed występem?

Reklama

Zbigniew Zamachowski: Pani wydaje się, że ta trema z wiekiem znika?

ŚiL: Tak myślę.

- A jest odwrotnie. Ponieważ to, czego dokonałem do tej pory, zobowiązuje mnie do ciągłego udowadniania przed widownią, że jednak talent mnie nie opuścił. Wiem, że sam sobie taki los zgotowałem. Czasem trema jest potrzebna i mobilizuje. Na przykład mam takie dni przed spektaklem, że w ogóle nie czuję tremy. Dopiero przed samym wejściem na scenę zaczynam ją odczuwać. Trema wbija ciało na zupełnie inny poziom, bywa niezbędna.

W codziennym życiu trema też panu towarzyszy?

- Nie, nie jestem „tremiarzem”. Nie mam też w zwyczaju szukać sytuacji stresujących, nie pociąga mnie adrenalina. Jestem klasycznym introwertykiem. Najbardziej lubię być sam, wsłuchując się w swoje myśli, najchętniej w towarzystwie muzyki.

To jest pańska recepta na dobry relaks?

- Tak, choć najbardziej relaksuję się, gdy śpię. Najchętniej więc spałbym, ale w moim domu to jest traktowane jako grzech, więc leżę i zawsze mogę powiedzieć, że nie śpię (śmiech). Najbardziej lubię wtedy słuchać spokojnej muzyki.

Czyli jest pan nerwowy?

- Jestem spokojny do pewnego momentu. Po przekroczeniu pewnej granicy mogę przestawić parę mebli, to prawda.

Ta miłość do muzyki pojawiła się już w dzieciństwie?

- Było tak, jako dziecko lubiłem bawić się z siostrą na strychu w naszym domu w Brzezinach. Na tym strychu znaleźliśmy resztki fortepianu, przewrócone na bok. Nie było klawiatury, nie było nóg, jedynie parę strun. Wkładaliśmy ręce między ściany, pokonując pajęczyny i wydobywaliśmy dźwięki, jakbyśmy grali na harfie. Ostatnio Stanisław Radwan, genialny muzyk, powiedział, że ten moment był momentem mojej inicjacji jako artysty.

Rodzice nie byli związani z muzyką?

- Mój ojciec, Saturnin, grał na trąbce w orkiestrze strażackiej, ale ja tego nie pamiętam. Kiedy też po wielu latach zacząłem porządkować archiwum domowe, gromadzić stare zdjęcia, dokumenty, to odkryłem, że także mój dziadek miał zapędy artystyczne. Przed wojną był założycielem amatorskiego teatrzyku w Brzezinach. Ocalało z tego okresu parę fotografii, które teraz znajdują się w Muzeum Regionalnym. To muzeum powstało w pałacyku, w którym wychowywałem się przez pierwszych 12 lat życia. Teraz co roku w sierpniu gram tam koncerty pt. „U Zbyszka na podwórku”.

Wraca pan do Brzezin z potrzeby serca czy z obowiązku?

- Nigdy nie należy wyzbywać się swojej tożsamości. Przynależę do tego miejsca i zawsze będę tam wracać. Teraz mam ciągle do kogo, bo w Brzezinach wciąż mieszka moja mama i siostra mojego ojca. Tam czuję się u siebie i jeśli coś mogę zrobić dla tego miasteczka, robię z miłości do tego miejsca. Nie ma w tym żadnej kalkulacji.

Nigdy nie miał pan kompleksu prowincjonalności?

- Nie. Od małego wiedziałem, że chcę być albo muzykiem, albo aktorem. Szybko zacząłem odnosić pierwsze sukcesy muzyczne, artystyczne. Jeśli ktoś pytał: skąd jesteś? Odpowiadałem: z Brzezin. A gdzie to jest? Pod Łodzią. Jak miałem 17 lat, napisałem piosenkę o moich Brzezinach, którą wciąż mam w swoim repertuarze. Pochodzenie stanowiło dla mnie zawsze siłę. Moi studenci też pochodzą z różnych miejsc. Widzę,że jedni mają z tym problem, inni nie. Ja im udowadniam sobą, że nie ma czym się przejmować, tylko iść swoją drogą. Brzeziny to jest mój Heimat, jak to kiedyś dobrze określił mój przyjaciel, Ślązak Kazio Kutz.

Jak się poznaliście?

- Nasza przyjaźń zaczęła się w 1993 roku, gdy pracowaliśmy razem przy filmie „Straszny sen Dzidziusia Górkiewicza”. Okazało się, że był człowiekiem, podobnie jak ja, z „piątej strony świata”, jak pisał kiedyś w swojej książce. Podobnie jak ja musiał więc pokonać wyboistą drogę do miejsca, w którym się razem spotkaliśmy. Podobnie czuliśmy, myśleliśmy. Przez wiele lat mogłem na niego liczyć w trudnych momentach zawodowych i prywatnych. Służył radą, pomocą. Jest dla mnie jak ojciec. Teraz, w tym trudnym czasie, kiedy ma kłopoty zdrowotne, jestem z nim całym sercem i wierzę, że pokona trudności.

Spotykamy się w Teatrze Polskim, w którym brawurowo gra pan w sztuce „Żołnierz królowej Madagaskaru”. Rola adwokata Mazurkiewicza jest wymagająca: tańczy pan, śpiewa.

- Jeśli pyta pani o wyzwania fizyczne, to owszem – jest to dla mnie spory wysiłek. Ale dzięki temu zmusza mnie do tego, by wciąż utrzymywać ciało w formie. Na szczęście przez całe dotychczasowe życie uprawiałem sport, sprawność szczęśliwie mi więc pozostała. Ze śpiewem naturalnie nie miałem problemu. Z tańcem natomiast było gorzej. Do tej pory twierdziłem, za Andrzejem Poniedzielskim, że jeżeli taniec jest mową ciała, to moje ciało mówi „nie”. Po prostu nie jestem typowym „dansiolem”, który jak tylko usłyszy melodię, nie może ustać w miejscu. Wolę słuchać muzyki, tworzyć ją.

Niedawno obronił pan pracę doktorską, której tematem była interpretacja własnych spektakli muzycznych na przestrzeni 20 lat. Ten doktorat był potrzebny...

- Najbardziej Akademii Teatralnej, jako że od 20 lat wykładam na uczelni przedmiot Interpretacja piosenki aktorskiej. Przyznam, że z natury jestem leniwym człowiekiem. Muszę więc czasem być postawiony pod ścianę. Na przykład pracę magisterską napisałem 23 lata po skończeniu szkoły aktorskiej. Nie ma się czym chwalić i niech nikt nie bierze ze mnie przykładu, ale tak było. Nie potrzebowałem tego. Dopiero pewne wymogi uczelniane zmusiły mnie do formalnego zakończenia studiów. Podobnie było ze wspomnianą pracą doktorską. I bardzo się cieszę, że ją napisałem. Dzięki temu odbyłem sentymentalną podróż do przeszłości.

Jak zmienił się pan na przestrzeni tych lat?

- Niestety obserwuję zasadnicze zmiany. Nie lubię jednak robić analiz, podsumowań.

Nawet pod koniec roku?

- Nienawidzę końca roku. Trzeba zbiorowo cieszyć się, że minął rok, choć przed nami kolejny. Nie rozumiem tego. Na szczęście w tym czasie, kiedy inni świętują, jestem w pracy i zabawiam świętujących.

Mam wrażenie, że ma pan teraz bardzo dobry czas.

- Ma pani rację, też tak myślę. 

Rozmawiała:

Aleksandra Jarosz

Dowiedz się więcej na temat: Zamachowski

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje