Przejdź na stronę główną Interia.pl

Reklama

Reklama

Reklama

Wieczorek: Od słowa "przystojny" wolę "wiarygodny"

"Na chodzenie po imprezach zwyczajnie brakuje mi siły. Wolę pójść na spacer wzdłuż Wisły albo usiąść na Kazimierzu w Krakowie i zjeść zapiekankę" - mówi Krystian Wieczorek w szczerym wywiadzie dla magazynu SHOW.

Grasz w trzech serialach i w filmie Juliusza Machulskiego. Pewnie na nic nie masz czasu?

Krystian Wieczorek: - Daj spokój, przecież nie będę narzekał na to, że realizuję swoje marzenia. Szczególnie że moja droga do aktorstwa była kręta i wyboista. Staram się zawsze patrzeć na to, co zyskuję, nie na to, co tracę. W moim przekonaniu aktorstwo to ciągła praca nad sobą, czasami trudna, czasami piękna, ale na pewno zawsze rozwijająca. Mnie akurat przynosi dużo satysfakcji i stwarza okazje do spotkań ze wspaniałymi, inspirującymi ludźmi.

Reklama

Nie mogę nie zapytać cię o to, jak się czujesz jako jeden z najprzystojniejszych aktorów w Polsce.

K.W.: - Od słowa "przystojny" wolę słowo "wiarygodny".

Wiarygodny jesteś w rolach czarnych charakterów. I cenisz sobie oszczędną ekspresję.

K.W.: - Zdecydowanie preferuję aktorstwo introwertyczne, skupione. Gdy postać ma w sobie tajemnicę, uruchamia mi się wyobraźnia, zaczynam zwracać uwagę na detale. Poza tym wolę, gdy aktor powstrzymuje emocje, a nie zalewa się łzami.

Prywatnie zdarza ci się płakać?

K.W.: - Zdarza się rzadko. Nie ma w tym nic wstydliwego, bo to naturalne i oczyszczające wyładowanie emocji. Nie tylko tych negatywnych i bolesnych - przecież można płakać ze szczęścia, z zachwytu. Zawodowo zajmuję się emocjami, więc uczę się nad nimi panować, ale nie zawsze da się to zrobić.

Słyszałam, że jesteś samotnikiem.

K.W.: - To nie do końca prawda. Po prostu teraz mam dużo pracy, a ona zawłaszcza czas prywatny. Bo trzeba nauczyć się tekstu na kolejny dzień, spróbować się skupić i wyobrazić sobie scenę. A przecież po dwunastu godzinach pracy na planie zostaje właściwie tylko kilka godzin spokoju i samotności. Lubię tę wieczorną ciszę, kiedy miasto wolniej oddycha.

Ale lubisz też pogadać i powygłupiać się?

K.W.: - Robię to bez przerwy na planie. Bez tego ta praca byłaby nudna. Ale już na chodzenie po imprezach zwyczajnie brakuje mi siły, wolę pójść na spacer wzdłuż Wisły albo usiąść na Kazimierzu w Krakowie i zjeść zapiekankę. Czasami ktoś się dosiądzie, uśmiechnie i pogadamy. Tak zwyczajnie, bez fajerwerków.

Co jeszcze robisz w wolnym czasie?

K.W.: - Mnóstwo czytam, bo trzeba gimnastykować umysł. Uprawiam różne sporty, dbam o siebie. Ale wracając do kwestii samotnictwa - ja naprawdę lubię ludzi. Lubię i pogadać, i powygłupiać się.

Ale ci ludzie, którzy cię zaczepiają, pewnie chcą się z tobą zaprzyjaźnić tylko dlatego, że jesteś sławny...

K.W.: - Ale czy to deprecjonuje wzajemną ciekawość? Oczywiście, że nie. To tylko impuls, żeby się czegoś o sobie dowiedzieć. Mnie generalnie ludzie ciekawią, dlatego częściej czytam wywiady rzeki niż beletrystykę. Lubię wtedy czuć się jak rozmówca tej osoby, wchodzić z nią w dialog. Z tym zaczepianiem też bym nie przesadzał, bo popularność częściej powoduje dystans i raczej onieśmiela, niż zachęca do spotkania. Ale ja też mam podobne odczucia, gdy spotykam kogoś znanego. Dopiero po chwili zdaję sobie sprawę że pod fasadą sławy ukrywa się ktoś skromny i wrażliwy. 

Przyznałeś, że twoja droga do sławy była kręta i wyboista. Co robiłeś, kiedy nie byłeś aktorem?

K.W.: - Pracowałem jako barman w Hiszpanii, byłem na winobraniu w Niemczech, przy zbieraniu porzeczek. Okropna robota... Ślimaki też zbierałem. I byłem stróżem pod kościołem.

Rodzinny Strzelin to dla ciebie ważne miejsce?

K.W.: - Oczywiście, że tak. Ale nawet nie przez specyfikę tego miasta, bo nic aż tak wyjątkowego tam nie ma. Dla mnie życie w Strzelinie to był czas własnych mitologii. Miałem też szczęście spotkać tam ludzi, którzy w dużej mierze mnie ukształtowali. Rysowałem mapę własnych marzeń, była pierwsza miłość, przyjaźń... Kompleks prowincjusza po latach okazał się dla mnie wartością. To ciągle jest we mnie. Zawsze będę patrzył na świat z perspektywy małego miasteczka, ze zdziwieniem i zachwytem. Jak na cyrk, który przyjeżdżał raz w roku.

Jak dziś spędzasz wakacje?

K.W.: - To zależy. Słucham siebie, swoich potrzeb.

Leżak czy plecak?

K.W.: - Częściej ostatnio leżak. Ale zawsze staram się znaleźć chwilę, żeby coś zobaczyć. Wypożyczam więc rower i jadę przed siebie. Pozwalam cieszyć się zmysłom. Robię zdjęcia oczami i aparatem fotograficznym też. Najważniejsze w wakacjach jest to, że się zmienia perspektywę i krajobraz - to już naprawdę dużo. A cała reszta, która się przydarza, to dodatkowa przyjemność.

Z kim wyjeżdżasz?

K.W.: - Zawsze z najbliższymi, a ostatnio najczęściej z moim ojcem i jego żoną.

Twoi rodzice rozstali się, gdy miałeś rok. Ojca poznałeś na nowo jako 15-latek. Jak się teraz dogadujecie?

K.W.: - Dziś jesteśmy dla siebie przyjaciółmi, mamy podobną wrażliwość i poczucie humoru, dobrze się ze sobą czujemy. Dużo rozmawiamy albo biegamy na nartach, generalnie nie nudzimy się. Czasem na wakacje wyjeżdżam też sam. Moim zdaniem niemówienie przez kilka dni albo inaczej - rozmawianie tylko ze sobą to bardzo cenne doświadczenie.

O czym marzysz?

K.W.: - Tak generalnie mam naturę marzyciela. I trochę bujam w obłokach, żyję w swoim świecie. A z tych marzeń, którymi mogę się podzielić i niejako zachęcić do wspólnej ich realizacji, to chciałbym znaleźć się w pierwszej setce w Biegu Piastów - najsłynniejszym biegu narciarskim w Polsce, który odbywa się na początku marca w Jakuszycach. No, może trochę mnie poniosło, przesadziłem - marzę o znalezieniu się w pierwszej dwusetce (śmiech).

Cały wywiad w najnowszym numerze dwutygodnika SHOW!

Iwona Zgliczyńska

18/2012

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Nie przegap
najgorętszych
plotek!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie. Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj Pomponik.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »