Przejdź na stronę główną Interia.pl

Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

Urszula i Stanisław Zybowski: Ich miłość brutalnie przerwała choroba

Rozumieli się bez słów. Byli nierozłączni w pracy i w życiu. Przyjaciele nie mogli się nadziwić, że piosenkarkę Urszulę (59 l.) i gitarzystę Stanisława Zybowskiego (†48 l.) łączy tak niewyobrażalna więź. Ich miłość być może trwałaby nadal, gdyby nie tragiczna śmierć...

Poznali się w Lublinie w 1986 roku. Stanisław Zybowski właśnie dołączył do zespołu Budka Suflera, z którą Urszula miała nagrywać kolejną płytę. 25-letnia wówczas piosenkarka weszła do studia i... ugięły jej się nogi.

Reklama

- Od razu wiedziałam, że ten facet z gitarą jest mi przeznaczony. Jeśli nie spotkalibyśmy się tam wtedy, los i tak w końcu by nas postawił na swojej drodze. Od dnia, w którym go poznałam, inni mężczyźni przestali dla mnie istnieć - wyznała przed laty Urszula.

Rodzice piosenkarki nie byli zachwyceni tą znajomością. Starszy o 7 lat, rozwiedziony mężczyzna, nie budził w nich zaufania. Ale ona wiedziała swoje.

- Staś ujął mnie tym, że ciepło mówił o swojej byłej żonie. To utwierdziło mnie w przekonaniu, że jest dobrym człowiekiem - opowiadała Urszula.

Rok później na świat przyszedł ich syn Piotr (32 l.), a oni zamieszkali w mieszkanku wynajętym od muzyka Zbigniewa Hołdysa (67 l.). - Nie mieliśmy z czego żyć, ale Stach był bardzo zaradny i wierzył, że jakoś nam się uda - wspominała Urszula.

Postanowili założyć własny zespół. Wymarzyli też sobie dom, ale na to potrzebowali pieniędzy. - Stach namówił mnie, byśmy spróbowali szczęścia w Ameryce.

Ale Ameryki nie podbili. By przeżyć, zaczęli dorabiać na czarno. Trudne chwile nie podzieliły ich. W USA wzięli ślub. - Byłam z mężczyzną, który mnie kochał bezwarunkowo. Nie było takiej sytuacji, która by nas mogła złamać - opowiadała Urszula.

- Wróciliśmy po pięciu latach, bez niczego. Znów zamieszkaliśmy w wynajętym mieszkanku i zaczęliśmy pracować nad płytą. Ja pisałam teksty, Staszek komponował. Jak było naprawdę ciężko, sprzedawał kolejną gitarę. A kiedy sytuacja się poprawiała, kupował nową. Jestem realistką, dlatego kiedy obiecywał, że niedługo będziemy mieć własny dom i studio, denerwowałam się i krzyczałam, że oszalał. Stach był jedyną osobą, która wierzyła, że nam się uda - wyznawała Urszula.

Płyta "Biała droga" odwróciła złą kartę. Album sprzedał się w 800 tysiącach egzemplarzy! Marzenie o domu zaczęło nabierać realnych kształtów. Budowa ruszyła pełną parą, a oni cieszyli się jak dzieci. Nie sądzili, że los wystawi ich na najcięższą próbę...

Mąż piosenkarki zachorował na raka wątroby. Gitarzysta dramatycznie chudł, nie był w stanie jeść, wciąż narzekał na silne bóle brzucha. Urszula rozpoczęła dramatyczną batalię o jego życie.

- Chorowałam razem z nim. Zamieszkałam w szpitalu. Nasz świeżo wybudowany dom stał pusty. Wierzyłam, że lekarze zapanują nad chorobą - mówiła smutno piosenkarka. - Zdawaliśmy sobie sprawę, że jest śmiertelnie chory, ale do końca mieliśmy nadzieję, że chorobę da się oszukać.

22 listopada 2001 roku, jak zwykle, siedziała przy jego łóżku, w szpitalu przy ulicy Banacha w Warszawie. - Przeczuwałam, że zbliża się ten moment. Trzymałam go za rękę. Nagle poczułam w sobie całą jego energię. Wiedziałam, że odchodzi - mówiła ze łzami w oczach.

Wieczorem zawiadomiła przyjaciół, że Staszek nie żyje. - Przestał oddychać, ale jego serce jest z nami - powiedziała synowi Piotrowi.

Urna z prochami męża długo jeszcze stała w ich sypialni... Została wdową w wieku 41 lat, z 14-letnim synem i niewykończonym domem, którym mąż nie zdążył się nacieszyć. Po jego śmierci chciała wszystko sprzedać.

Mama i siostra bardzo się o nią bały. Pogrążona w bólu zniknęła ze sceny, zaszyła się w czterech ścianach. Dwa lata po jego śmierci, ku oburzeniu przyjaciół, związała się z młodszym o 20 lat Tomaszem Kujawskim, który w zespole zajmował się nagłośnieniem.

Rozumiał przez co przechodziła, bardzo dobrze znał Staszka. Dawał jej poczucie bezpieczeństwa. - Nie planowałam tego związku. Dla mnie najważniejsze było to, że mój syn zaakceptował tę sytuację i wreszcie nie widział mnie przygnębionej i zapłakanej - tłumaczyła wtedy piosenkarka.

- Gdybym mogła cofnąć czas, pewnie wiele bym w swoim życiu zmieniła. Ale wierzę, że jeśli dziś Staszek, patrząc z góry, ocenia mnie, mówi: Jest dobrze, mała. Tak trzymaj! - wyznaje Urszula.

- Jestem szczęściarą, bo przeżyłam wielką, prawdziwą miłość. Ciągle mam nadzieję, że jego odejście nie było ostatecznym kresem naszej miłości. Wierzę, że kiedyś się jeszcze spotkamy - zdradza piosenkarka.

***

Zobacz więcej materiałów z życia gwiazd:

Dowiedz się więcej na temat: Urszula

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje