Przejdź na stronę główną Interia.pl

Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

Tomasz Hopfer: Telewizja zrujnowała mu zdrowie i życie. Zwolnili go z dnia na dzień!

Tomasz Hopfer (+47 l.) był telewizyjną osobowością, a popularności zazdrościły mu najbardziej znane osoby w kraju. Niestety, karierę zrujnowała mu... trema.

"Nie nadaję się!" - stwierdził zrezygnowany po swojej pierwszej telewizyjnej relacji. Był to lekkoatletyczny memoriał im. Kusocińskiego w 1969 r., który Tomasz Hopfer komentował razem z innym debiutantem, Wiesławem Johannem, późniejszym sędzią Trybunału Konstytucyjnego.

Reklama

Po latach ujawnił, że dopadła go wtedy gigantyczna wprost trema. Nie uwolnił się od niej przez całe 12 lat pracy w TVP.

Nieśmiały był od zawsze. "Nigdy nie zgłaszałem się pierwszy do odpowiedzi. Męką była dla mnie droga od ławki do tablicy i stanie przy niej przez kilka minut. Nawet jeśli znałem odpowiedź na pytanie. Całą noc potrafiłem nie spać ze zdenerwowania, wiedząc, że następnego dnia mam odczytać referat" - wspominał w jednym z wywiadów.

W pracy z pomocą przychodziła mu znakomita pamięć, dzięki której doskonale obywał się bez kartki. "Potrafił przez 5 minut sypać nazwiskami, wynikami mierzonymi w metrach, kilogramach, minutach i sekundach. Wszystko z pamięci" - mówił Jerzy Ambroziewicz, który był jego zwierzchnikiem w Dzienniku Telewizyjnym.

"Jak ty to wszystko pamiętasz? Te tabele, wyniki?!" - zapytał go pewnego razu Edward Mikołajczyk, kolega dziennikarz. "Ja to rozumiem"- miał odrzec Hopfer.

Ta cecha mocno denerwowała samego prezesa telewizji Macieja Szczepańskiego, bo recytujący swobodnie swoje kwestie Hopfer był przeciwieństwem lektorów, beznamiętnie odczytujących informacje w Dzienniku.

Osławiony "krwawy Maciek" uznał postępowanie Hopfera za nonszalancję. W obawie przed kłopotami Ambroziewicz prosił: "Tomek, będąc przed kamerą, spójrz od czasu do czasu w kartkę. Zrób to dla mnie, choć wiem, że moja prośba jest bez sensu". Ten pokiwał głową i... nadal robił swoje. Ale któregoś dnia pojawił się w studiu z demonstracyjnie trzymaną w rękach kartką.

Gdy już wygaszono kamery, obrócił się do kolegów: "Obejrzyjcie ją sobie dokładnie, jest absolutnie czysta".

Przerwana kariera

Nie od razu stał się popularnym sprawozdawcą sportowym. Jako student ówczesnej SGPiS trenował biegi na 400 i 800 m w warszawskiej Sparcie. W 1955 r., mając 20 lat, z kolegami z klubu zdobył mistrzostwo Polski w sztafecie 4x400 m. Ten wyczyn powtórzył trzy lata później. Na olimpiadę w Rzymie w 1960 r. jednak nie pojechał. Zniknął też z bieżni. Mówiono, że przeszarżował z treningiem, ale prawda była inna - młody organizm zaatakowało zapalenie płuc, do którego przyplątała się jeszcze żółtaczka.

Decyzja o zakończeniu kariery nie oznaczała jednak pożegnania ze sportem. Były lekkoatleta zajął się szkoleniem młodzieży, próbował pisać o sporcie w prasie.

W 1969 r. dostrzegł go szef redakcji sportowej TVP Ryszard Dyja, który rzucił nowicjusza na głębokie wody w memoriale Kusocińskiego.

"Czułem słabość do tego chłopaka, bo widziałem, jak łatwo zyskuje sobie sympatię otoczenia" - wspominał Dyja. Jak się okazało, miał rację. 34-letni już wtedy Hopfer był zupełnie inny od reszty kolegów po fachu.

"Jego uniesienia współgrały z reakcją telewidzów. (...). Ludzie gratulowali mu w listach, tak jakby on odniósł zwycięstwo, a nie piłkarze. Sąsiedzi kładli przed drzwiami jego mieszkania bukiety kwiatów" - mówił jego kolega Józef Węgrzyn, współtwórca Teleexpressu i Panoramy.

Hopfer sam przyznawał, że najtrudniej było mu dusić w sobie emocje. W 1980 r., relacjonując igrzyska w Moskwie, był bliski płaczu po nieudanym biegu polskich płotkarek.

"Najbardziej przeszkadzała mi własna dusza kibica. Nie mogłem, choć powinienem, pozbyć się jej na parę godzin zawodów. Nie potrafiłem, przebierałem pod pulpitem nogami, chcąc dopomóc naszym. Okropnie zakłócało to rytm moich sprawozdań" - tłumaczył się po latach.

Ratunkiem okazało się dla niego prowadzenie studia, które poprzedzało wiele transmisji, zwłaszcza tak ważnych jak igrzyska. Przez lata był także ważną postacią telewizyjnego Studia 2. Widzowie podziwiali Hopfera za jego luz i autentyczność przed kamerą, ale niewielu wiedziało, jakim to jest okupione stresem. Za to koledzy z niepokojem obserwowali, jak podczas dłuższych imprez z dnia na dzień chudł w oczach.

"Ekran uskrzydlał Tomka, a zarazem krańcowo go eksploatował. Wchodząc do studia, dostawał jakiegoś napędu, niektórzy mówili, że przed kamerą unosi się w powietrzu" - wspominał Mariusz Walter, jeden z twórców Studia 2, a później właściciel TVN.

"Zdecydował się na zawód, który wyniósł go na szczyty popularności i jednocześnie zrujnował mu zdrowie" - dodawał Jerzy Ambroziewicz.

Uczył Polaków biegać

Tomasz Hopfer miał jeszcze jedną pasję. W programach "Bieg po zdrowie" i "Biegaj razem z nami" propagował masowe bieganie, i to w czasach, gdy truchtający po lasku facet w dresie uważany był w najlepszym wypadku za wariata.

Marzyło mu się zorganizowanie maratonu, masowego biegu na dystansie 42 km i 195 m, takiego jak w Paryżu czy Nowym Jorku. Niestety, pod koniec lat 70. nawet status gwiazdy małego ekranu nie ułatwiał uzyskania zgody na coś takiego. Tysiące ludzi wyprowadzonych na ulice bez kontroli?

Z misją do członka Biura Politycznego KC PZPR Jana Szydlaka udał się Józef Węgrzyn, były sportowiec, a wtedy szef studenckiego pisma "itd" i w sobie tylko znany sposób przekonał partyjnego decydenta. Pierwszy Maraton Pokoju wyruszył 30 września 1979 r. na trasę wzdłuż Wisły - od Stadionu X-lecia do Otwocka i z powrotem. Ukończyło go 1861 zawodników.

Zwycięzcą z doskonałym wynikiem został Kazimierz Pawlik, choć okazało się, że trasa była... o 1,5 km krótsza od regulaminowej. Mimo tej wpadki maraton był wielkim sukcesem. Zaczęła się legenda największej biegowej imprezy w Polsce, znanej dziś jako Maraton Warszawski.

Po 20 godzin na dobę

W styczniu 1980 r. Tomasz Hopfer niespodziewanie został szefem redakcji sportowej TVP. Wcale nie chciał tego awansu, bo nowe stanowisko wiązało się raczej z urzędowaniem niż dziennikarstwem. Coraz bardziej szwankowało mu zdrowie. Obawiał się, że nowe władze telewizji zdejmą go z wizji, zwłaszcza po tym, jak żona Zofia wystąpiła z PZPR. On sam tego nie zrobił, nie zapisał się też do Solidarności.

Postanowił zrezygnować z funkcji, ale dopiero po olimpiadzie w Moskwie. W jej trakcie prowadził studio olimpijskie w Warszawie - przez 17 dni po 20 godzin na dobę. Organizm zareagował na ten stres wieloma tygodniami bezsenności. 13 grudnia 1981 r. nie wpuszczono go do budynku telewizji. Ponoć dostał ofertę: może pracować dalej, ale w mundurze. Odmówił.

Wykorzystał zaległy urlop i rozpoczął starania o przyznanie renty. 15 października 1982 r. otrzymał pismo z kadr TVP o rozwiązaniu umowy o pracę.

Po zwolnieniu pracował dorywczo w galwanizerni. Na początku grudnia 1982 r. zaziębił się podczas płukania w kadzi z zimną wodą posrebrzanych wisiorków. Trzy dni później trafił na OIOM szpitala bielańskiego.

"Prześwietlenie wykazało niewydolność płuc i ogólne zakażenie organizmu. Rosła gorączka, brakowało leków..." - wspominała Zofia Hopfer. Niezbędny lek na zwiększenie odporności wysłał z Niemiec prywatnym samolotem Stefan Lewandowski, były olimpijczyk, lekarz i właściciel kliniki w Kolonii.

Niestety, z powodu przepisów stanu wojennego maszyna nie dostała zgody na lądowanie. Tomasz Hopfer zmarł 10 grudnia 1982 r. w wieku 47 lat. Pogrzeb miał być 13 grudnia, ale władze nie zgodziły się na taką manifestację w rocznicę wprowadzenia stanu wojennego.

***

Zobacz więcej materiałów:

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje