Przejdź na stronę główną Interia.pl

Reklama

Reklama

Szymon Majewski długo nie mógł pogodzić się z odejściem mamy

Gdy 12 lat temu zmarła jego mama, nie umiał sobie z tym poradzić. Pomogła dopiero terapia u specjalisty, której efektem jest wzruszający spektakl...

Reklama

Kiedy u progu dorosłości jego koledzy nosili przy sobie fotografie pierwszych dziewczyn, do których wzdychali, Szymon wciąż miał zdjęcie swojej mamy.

Reklama

- Byłem maminsynkiem. Nie wstydziłem się tego - mówi otwarcie artysta (52 l.). I od razu dodaje: "Śmiało mogę powiedzieć, że wszystko zawdzięczam mojej matce".

Ojciec zniknął z jego życia, gdy miał zaledwie rok. Potem wprawdzie wrócił na pewien czas, jednak tylko po to, by definitywnie zostawić żonę Marię i niespełna siedmioletniego Szymona.

Zajmowali niewielkie, dwupokojowe mieszkanie na warszawskiej Ochocie. W jednym pokoju mama ulokowała synka, w drugim dziadka. Sama gnieździła się w kącie odgrodzonym szafą.

Szymon był wysoki i chudy jak patyk, wyglądał na niedożywione dziecko. Do tego cierpiał na skrzywienie kręgosłupa, miał krzywe zęby i zeza. - Mamę wciąż wzywano na dywanik do szkolnej pielęgniarki, bo ze swoją wagą nie mieściłem się w tabelkach - wspomina satyryk.

Pani Maria starała się za wszelką cenę sprawić, by syn dobrze się rozwijał. Pilnowała, aby regularnie jadł i zaprojektowała nawet dla niego... specjalną sztangę do ćwiczeń.

Raz zdobyła przed Wielkanocą szynkę. Szymek miał na nią ochotę, choć był Wielki Piątek. - Zjedz, synku, ja twój grzech biorę na siebie - stwierdziła.

Zawsze walczyła o niego jak lwica, sama nigdy nie narzekała. Była cicha i skromna. - Kiedyś patrzyłem na nią inaczej. Wydawało mi się, że jest ofiarą mojego ojca. Uważałem ją za słabą. Dziś wiem, jak bardzo jej nie doceniałem. Była nieustraszona, nieugięta, zwłaszcza gdy chodziło o mnie... - nie kryje artysta.

Dowodów na to jest mnóstwo. Gdy o Szymona upomniała się armia, wpadł w panikę. Zniknął z domu i ukrył się u ciotki. Mama nie zamierzała jednak zostawić sprawy losowi.

Sama poszła zamiast niego do Wojskowej Komendy Uzupełnień. I wykrzyczała zdumionej komisji, że jej syn nie może iść "w kamasze", bo cierpi na niedożywienie i wadę kręgosłupa, zaś specjalistyczne lekarstwa trzeba dla Szymka ściągać aż z Nepalu. Wygrała. Udało się jej w ten sposób wywalczyć dla niego niższą kategorię wojskową.

Pilnowała go nawet, kiedy miał na karku czterdziestkę i własną rodzinę. I gdy wiedziała już, że nowotwór nie da jej szans. Szymon był wówczas u szczytu popularności. Prowadził własny show w telewizji.

- Cierpiała w kolejnych szpitalach, a mnie czas i energię kradła telewizja. Umarła, a ja zostałem z wyrzutami sumienia, że powinienem był zrobić dla niej coś więcej - ze wzruszeniem mówi komik.

Nie umiał się z tą śmiercią pogodzić. Pomogła dopiero terapia z psychologiem, który poradził, by Majewski napisał do matki list. Zrobił to. Chciał jej powiedzieć, że nie musi się już o niego martwić, że daje sobie radę.

Tak powstał spektakl "MaminSzymek", który od kwietnia prezentuje w stołecznym teatrze. Widzowie wychodzą wzruszeni i nie jest im wcale do śmiechu...

***

Zobacz więcej materiałów z życia gwiazd:


Na żywo

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Szymon Majewski

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje

Nie przegap
najgorętszych
plotek!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie. Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj Pomponik.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »