Przejdź na stronę główną Interia.pl

Reklama

Reklama

Reklama

Stanisława Celińska: Romantyczne relacje mam już za sobą

Już nie wadzi się ze światem. Niesie miłość innym ludziom przez swoje piosenki. I cieszy się, że udało jej się zaprzyjaźnić z własnymi dziećmi.

Nie ominęły jej życiowe zawirowania. Rozstanie z mężem, uzależnienie od alkoholu. Dzięki Opatrzności wyszła na prostą. Teraz Stanisława Celińska (71 l.) zajęła się śpiewaniem piosenek o miłości. Kiedy ktoś mówi: "wyśpiewała pani moje życie", to dla niej najlepszy komplement.

Na pani koncertach ludzie często się wzruszają. A pani nie wstydzi się łez?

Stanisława Celińska: - Muzyka powinna wywoływać emocje. Pamiętam, że kiedy przed laty słuchałam piosenki Hanny Banaszak "Samba przed rozstaniem", wylałam mnóstwo łez. Płacz oczyszcza, uspokaja. Chyba właśnie dlatego Pan Bóg go wymyślił. Dobrze jest sobie czasem popłakać.

Reklama

Utwór "Ja tu, ty tam", który śpiewa pani w duecie z Piotrem Fronczewskim, jest bardzo nostalgiczny.

- Początkowo ta piosenka miała mieć zupełnie inny wydźwięk. Maciej Muraszko, kompozytor muzyki do tej płyty, stworzył wspaniałą linię melodyczną do utworu Jana Pawła II - listu do przyjaciela. Wiersz Ojca Świętego wyraża wielką nostalgię za ojczyzną. Choć jest piękny, to okazał się trudny w odbiorze. Dlatego poprosiłam Dorotę Czupkiewicz, aby napisała tekst także mówiący o tęsknocie i rozłące. Chodziło nam jednak o to, żeby ująć w słowa uczucia, jakie dziś towarzyszą wielu rodakom, którzy zostawili w Polsce swoje domu, rodziny i wyemigrowali za chlebem.

Pani syn też był w takiej sytuacji...

- Przez jakiś czas pracował w Irlandii i to było dla nas wszystkich bardzo trudne doświadczenie. Odwiedzałam go, więc wiem, jak takie życie z dala od bliskich wygląda.

Ma pani bardzo ciepłe relacje z dziećmi. Jak się udało utrzymać tak mocną więź?

- Od początku traktowałam moje dzieci poważnie, nie budowałam barier między nami, wiedziały, że mogą mi ufać. Dlatego dziś tak chętnie spędzamy ze sobą czas. Dla córki jedną z najlepszych rozrywek jest pójście ze mną do kina. Wybieramy seanse wieczorne. Często zakładamy się, czy będziemy tylko we dwie na sali, czy będzie ktoś jeszcze, kupujemy popcorn i oglądamy jakąś komedię romantyczną. Potem rozmawiamy i zwierzamy się sobie ze swoich spraw czy problemów.

Brzmi to jak bajka.

- Nie zawsze wyglądało to tak sielankowo. Był moment, kiedy miałam swoje problemy - rozstanie z mężem, ogrom obowiązków rodzinnych i zawodowych, potem też uzależnienie od alkoholu. Nie poświęcałam tyle czasu dzieciom, ile one potrzebowały. Tymczasem córka jako dziecko była taką małą przylepką, bardzo absorbującą. Czasem było to trudne, denerwujące, ale starałam się nie okazywać mojego zniecierpliwienia. Nie chciałam też powtarzać błędów mojej mamy.

Nie miała dla pani czasu?

- Byłą skrzypaczką, żyła w ciągłym biegu. Kiedy pokazywałam jej jakiś rysunek, to spojrzała na niego kątem oka, powiedziała: "tak, tak, tak" i odwracała głowę. Brakowało w tym prawdziwego zainteresowania. Zapamiętałam, że mnie to bardzo bolało. Sama starałam się być wobec moich dzieci uważna. Kiedy moja córka pokazywała mi jakieś swoje dzieło, to rzucałam wszystko i podziwiałam jej pracę. Zadawałam pytania, chciałam, by czuła się ważna. Myślę, że dlatego narodziła się między nami tak wielka przyjaźń.

Z synem ma pani równie dobry kontakt?

- Tak, z Mikołajem zaprzyjaźniłam się jeszcze wcześniej, bo to on był pierwszy na świecie. Być może nawet za bardzo się z nim zakumplowałam. Czasem wydaje mu się, że nie jestem jego matką, lecz kolegą. Kiedy tak się dzieje, natychmiast stawiam go do pionu, żeby sobie nie myślał (śmiech). Dzieci od pewnego momentu wychowywałam sama, więc musiałam się odnaleźć w roli matki i ojca.

Czytaj dalej na następnej stronie...

Jako osoba wierząca rozmawia pani z dziećmi o Bogu?

- Niedawno napisałam taki tekst skierowany do mojej córki - tam poruszony jest właśnie temat wiary. W tym roku moja wnuczka przystępowała do Pierwszej Komunii Świętej i myślę, że to doświadczenie też przybliżyło moją córkę do Kościoła. Z kolei mój syn przechodził w życiu okresy, gdy się od wiary oddalał, ale były to raczej takie młodzieńcze bunty. Miał też trudniejszy czas - rozstanie, emigrację, co też wpłynęło na jego wadzenie się z Bogiem. Teraz, kiedy jego życie się prostuje, ta droga, którą podąża, robi się też jaśniejsza, zmierza ku słońcu.

Pani też miała mroczny okres, lecz stał się cud...

- Mówiłam już o tym, ale może trzeba jeszcze raz dać świadectwo. Opatrzność pomogła mi uporać się z nałogiem. Człowiek uzależniony musi najpierw odważnie przyznać się przed sobą do problemu i bardzo chcieć się go pozbyć. Wtedy potrzebna jest wiara i modlitwa. Tak było w moim przypadku. Któregoś dnia mój problem został mi ODJĘTY.

Na płycie "Malinowa" większość piosenek jest pani autorstwa. Co panią inspiruje?

- Często są to historie, którymi podzielili się ze mną różni ludzie, np. pary z długoletnim stażem. W naszym kraju jest ich wiele. To właśnie dla nich powstała piosenka "Malinowa herbatka". Mówi o nieprzemijającym, mimo upływu lat, uczuciu.

A pani czeka na miłości?

- Ona może mieć różne oblicza. Dziś dla mnie to miłość do innych ludzi, świata. Romantyczne relacje mam już za sobą, choć nie zapieram się, że jeżeli ktoś się pojawi, to od razu go przekreślę. Nie szukam jednak nikogo i myślę, że ta droga jest już dla mnie zakończona. Najważniejsze na tym etapie jest niesienie miłości ludziom poprzez moje piosenki, dawanie im nadziei, radości. Traktuję to jako swoją życiową misję.

Rozmawiała: Kinga Frelichowska

Dobry Tydzień
Dowiedz się więcej na temat: Celińska Stanisława

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Nie przegap
najgorętszych
plotek!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie. Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj Pomponik.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »