Przejdź na stronę główną Interia.pl

Reklama

Reklama

Sławomir oświadcza: synek będzie miał rodzeństwo!

Tryska humorem i energią. Sławomir Zapała (35 l.) odniósł ogromny sukces. Wielka w tym zasługa kobiety, która stoi u jego boku. Tworzą szczęśliwą rodzinę.

Choć początki jego kariery były trudne, udowodnił, że ma talent. Determinacji mu nie brakowało. Sławomir wystąpił w „Tańcu z Gwiazdami”, w show „Twoja Twarz Brzmi Znajomo”. Dziś w TVP 1 prowadzi teleturniej „Big Music Quiz” i nie powiedział jeszcze ostatniego słowa.

Reklama

Dobry Tydzień: Od dziecka marzył pan o występowaniu na scenie?

Sławomir: Mógłbym dzisiaj świętować 25-lecie pracy artystycznej. Już jako małego chłopca rodzice wozili mnie na festiwale piosenki dziecięcej. Na jednym z konkursów oceniała mnie legendarna grupa Vox, którą potem zaprosiłem do współpracy przy teledysku do mojej piosenki „Aneta”. Występowałem też w teatrzyku dla dzieci w Nowohuckim Domu Kultury, w dzieciństwie grywałem w spektaklach Teatru Telewizji.

Ma pan jakieś artystyczne tradycje w rodzinie?

- Tata jest góralem, urodził się na wsi, w Gorcach, grał na akordeonie, gitarze, trąbce. Pewnie dlatego muzyka była mi zawszebardzo bliska. Mama dzielnie wspierała moje działania. Rodzice mieszkają w Krakowie. Niestety, nie mam rodzeństwa. Żartuję, że poszli w jakość, a nie w ilość.

W dzieciństwie dawali panu dużo swobody?

- Tak, bardzo mi ufali. Nie miałem przeciwko czemu się buntować. Wyzwanie stanowiło nie zawieść tego zaufania. Miałem parę małych wybryków na koncie, ale generalnie byłem grzeczny. Spełniałem swoje marzenia, realizowałem pasje.

I zdecydował się pan zdawać do szkoły aktorskiej. Dostał się pan za pierwszym razem?

- To była wielka radość, bo przyjęto mnie i do Warszawy, i do Krakowa. Musiałem wybrać między tymi dwiema wspaniałymi uczelniami. Kiedy miałem ten dylemat, do Krakowa przyjechał Jan Paweł II. Zobaczyłem go, jak przejeżdżał w papamobile właśnie przed szkołą teatralną. Potraktowałem to jak znak i zostałem w rodzinnym mieście. Ważna też dla mnie była kadra uczelni, a w Krakowie rektorem był wówczas Jerzy Stuhr, dziekanem Krzysztof Globisz, wykładowcami m.in. Anna Dymna i Jerzy Trela. Szkoła bardzo wiele mi dała.

Z tego, co wiem, to wtedy poznał pan swą przyszłą żonę, Magdalenę Kajrowicz.

- Mijaliśmy się na szkolnych korytarzach. Madzia była rok niżej. Wtedy nie zwróciliśmy na siebie uwagi, nie kolegowaliśmy się. Nasze drogi skrzyżowały się w... USA. Pojechałem tam na zaproszenie Roberta Wilsona, na warsztaty artystyczne w Watermill Center. Zostałem dłużej,by sobie dorobić. Okazało się, że ona też była w Ameryce i pracowała w barze jako kelnerka. Kiedy wszedłem, nie poznałem jej. Zeszczuplała, zmieniła kolor włosów. Coś zaiskrzyło. Wróciliśmy do Polski, zaczęliśmy razem realizować projekt muzyczny „Sławomir”.

Czym pana zauroczyła?

- Przede wszystkim uśmiechem. Madzia to uroda, wdzięk i duże poczucie humoru. A kiedy zostaliśmy małżeństwem w 2011 roku, pokazała, że jest osobą, która potrafi dbać o ciepło domowego ogniska i mocno stąpać po ziemi. Mam obok siebie kogoś, kto mnie kocha i chroni przed wieloma zagrożeniami płynącymi ze świata show-biznesu.

Mówi pan o żonie: „potrzebowałem takiego generała”.

- Czy bym potrzebował, czy nie, to Madzia i tak będzie generałem. Jeśli ma się mądrą żonę, to warto się jej poddać. Są oczywiście takie dziedziny, w których to ja dominuję i moje zdanie liczy się najbardziej. Pięknie się dopełniamy. Rodzina daje mi ogromne wsparcie i siłę.

Szczerze przyznaje się pan do wielu wad, m.in. jest pan zapominalski, rozkojarzony...

- Poza tym szybko zapalam się do różnych projektów, mam to zapisane w swoim nazwisku. Lubię coś zaczynać, ale już niespecjalnie mam ochotę kończyć. Madzia jest tą osobą, która mnie motywuje do tego, bym doprowadził każdą sprawę do finału. Myślę, że nauczyła mnie też dużej obowiązkowości, tego, by nie odpuszczać. Jeśli ma się marzenia, trzeba ciężko pracować, by się spełniły. Kajra była i jest dla mnie wielką inspiracją.

We wrześniu 2016 roku urodził się Wasz syn Kordian. Otrzymał imię na część bohatera dramatu Słowackiego?

- Wybrałem to imię na cześć serca, bo zawarte jest w nim słowo cordia. Kordian to dający serce. Nasz synek jest bardzo serdeczny i szczery. Jak je, to wszystkich dookoła obdarowuje jedzeniem.

Dużo z żoną pracujecie, koncertujecie w całej Polsce. Gra Pan też w komedii „Skok w bok” w Teatrze Capitol. Kto zajmuje się synem?

- Bardzo często Kordian jeździ razem z nami, jest spokojnym, radosnym dzieckiem i ulubieńcem całej ekipy. Towarzyszy nam też kuzynka, która pomaga w momencie, kiedy jesteśmy na estradzie. Czasem w opiekę nad wnukiem włączają się również dziadkowie. Naprawdę dużo czasu spędzamy razem.

Jakim jest pan ojcem? Czego chce nauczyć syna?

- Chciałbym, żeby miał poczucie humoru, to bardzo pomaga w życiu. Chcę mu przekazać wszystko, co sam potrafię. Łącznie z jazdą samochodem, językiem angielskim, ze śpiewaniem. Ojcostwo to najpiękniejsza przygoda w moim życiu, rozwijająca emocjonalnie, uczy tego, by mocniej kochać, wyzbywać się egoizmu.

Chce pan mieć więcej dzieci?

- Oczywiście! Patrząc na naszego synka, aż chce się mieć więcej takich brzdąców. Nie chcę, by był jedynakiem. Ale na wszystko musi przyjść odpowiedni czas.

Kiedyś powiedział pan, że ważne jest, by kochać bliźnich i być dobrym człowiekiem. 

- Dziś jeszcze bym dodał ważne zdanie: nie jestem najważniejszy. Dużo konfliktów wynika z tego, że za bardzo koncentrujemy się na sobie. A wystarczy pomyśleć „nie jestem najważniejszy” i to rozwiązuje wiele problemów. 

Rozmawiała:Ewa Modrzejewska

***

Dobry Tydzień

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: sławomir

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje

Nie przegap
najgorętszych
plotek!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie. Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj Pomponik.pl lub zobacz instrukcję »