Niemal 17 lat temu Renata Przemyk adoptowała 8-tygodniową dziewczynkę. Do dziś wzruszona wspomina tę chwilę, gdy po raz pierwszy wzięła w objęcia swoją malutką córeczkę.
Kiedy podpisała już wszystkie niezbędne dokumenty, zabrała niemowlę wprost z pogotowia rodzinnego. Wtedy też po raz pierwszy zobaczyła Klarę. Już chwilę później, w samochodzie, na tylnym siedzeniu, przewijała maleństwo.
- Oszołomiona zapachem i ledwo co widząc przez łzy. A ona patrzyła mi głęboko w oczy - wspomina poruszona Renata. Piosenkarka jest pewna, że to Stwórca zesłał jej tę słodką istotę. - Myślę, że byłam tylko wykonawcą boskiego planu - mówi z przekonaniem. To dziecko nadało sens jej życiu. Przewartościowało priorytety, dało lekcję cierpliwości i prawdziwej miłości.
- Nie mogłam przestać się zachwycać i dziękować Bogu, że to się dzieje. Zaczął się kolejny przełom w moim życiu - mówi. Klarę od samego początku wychowywała w prawdzie, nie ukrywając, że jest adoptowana.
- Wytłumaczyłam jej, że Pan Bóg się zagapił, ale zawsze miała być moją córką - opowiada z uśmiechem wokalistka. Wcześniej skupiona była na muzyce, komponowaniu i karierze (sprawdź przebój "Babę zesłał Bóg"!). Sporo koncertowała, jeździła po całej Polsce ze swoimi recitalami. Ciągle w biegu, nie dostrzegała zmieniających się pór roku. Długo też nie potrafiła uporać się z własnymi emocjami, rozedrganiem duszy. Buntowała się przeciwko całemu światu, a swoją kontestatorską postawę manifestowała wyglądem. Demoniczny sceniczny image sprawiał, że wiele osób postrzegało Renatę jako silną i agresywną kobietę.
- Na szeroko rozstawionych nogach, w topornych glanach, z całej siły trzymam w dłoniach mikrofon, żeby wykrzyczeć światu strasznie ważne treści - wspomina. Pod tą maską kryła się jednak zagubiona, niepewna swojej wartości dziewczyna. Cały czas rozpaczliwie próbowała udowodnić sobie, że jest dość dobra i ma prawo występować na scenie. Chciała być samowystarczalna i przesadnie dbała o perfekcjonizm. Nie dając sobie prawa do porażek, coraz bardziej się pogrążała.
Czytaj dalej na następnej stronie...

Źródła swoich problemów upatruje w dzieciństwie. Rodzice ciężko pracowali i nie poświęcali jej dużo czasu.
- Nigdy nie byłam ich oczkiem w głowie - mam jeszcze dwóch braci - wyjawia artystka. I dodaje, że mama i tata bardziej koncentrowali się na niesfornych chłopcach niż na niej. - Renia sobie poradzi - uważali. I rzeczywiście, dziewczynka nie sprawiała kłopotów wychowawczych i świetnie się uczyła. - Czułam się jednak niedowartościowana, niedopieszczona - mówi za smutkiem.
Walczyła z braćmi o własny kąt we wspólnym pokoju. Robiła, co w jej mocy, żeby rodzice ją wreszcie dostrzegli. Jej problemy z samoakceptacją pogłębiły się w liceum. - Musiałam dojść do dna. Kiedy nie było już gdzie upadać, zaczynałam się podnosić - wspomina.
Gdy dostała się na studia, dały o sobie znać różne deficyty. - Byłam rozedrganą duszą. Nie potrafiłam się dogadać z ludźmi - wspomina. Jednocześnie właśnie wtedy zaczęła rozwijać swoją pasję, zajmować się muzyką, grać w klubach studenckich. Jest przekonana, że to dzięki Opatrzności odnalazła właściwą drogę, poświęcając się muzyce.
Sprawdź tekst utworu "Zero (Odkochaj nas)" w serwisie Teksciory.pl!
- To nie był mój plan, ale boski - zapewnia po raz kolejny. Kiedy poukładała sobie życie, cieszyła się z rodziny i kariery, jej świat się załamał. Artystka bardzo poważnie zachorowała. Miała ostrą infekcję zatok, przewlekły stan zapalny i gronkowca. Kiedy usłyszała diagnozę - niedomykalność strun głosowych - załamała się.
Obawiała się, że będzie musiała pożegnać się z muzyką i znaleźć inny sposób zarabiania na życie. Prosiła Stwórcę o cud i nie traciła nadziei. - Przez parę miesięcy jednak czułam, jak to jest, kiedy nie mogę robić tego, co sprawia mi radość. Śpiewałam dziecku kołysanki i słyszałam, że fałszuję. To był dla mnie dramat - wspomina.
Wtedy okazało się, że lekarz postawił złą diagnozę i dało się to wyleczyć. Piosenkarka musiała jednak przejść skomplikowaną operację. W szpitalu spotkała niezwykłe kobiety - pielęgniarki, które z troską się nią opiekowały. Niedelikatnie przeprowadzona intubacja mogłaby podrażnić artystce krtań, ale panie nasmarowały rurę podwójnie, aby zminimalizować ryzyko powikłań.
- Nie ma przypadków, a wiara czyni cuda - mówi. Nie ukrywa, że zdarzało jej się wątpić. - Choć były okresy buntu, to dzięki Stwórcy wychodziłam na powierzchnię. Poczułam, że Bóg jest, ale ciągle szukam w sobie siły i dojrzałości, żeby za Nim iść.


***
Zobacz więcej materiałów:








