Przejdź na stronę główną Interia.pl

Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

Marta Klubowicz: Nie przegapiłam tej miłości

Znalazła uczucie, gdy przestała go szukać. Z ukochanym, dramaturgiem Fredem, rozumieją się bez słów. On pisze sztuki, ona je tłumaczy.

W latach 80. cieszyła się wielką popularnością. Zagrała m.in. w serialu "W labiryncie". Kiedy Marta Klubowicz (56 l.) zakochała się w przystojnym Austriaku, wyjechała z nim do Wiednia. Jednak małżeństwo się rozpadło, a aktorka wróciła do Polski. Tutaj poznała niemieckiego dramaturga, Freda Apke. Mówi, że to mężczyzna jej życia.

Reklama

W czasach największej sławy zniknęła pani z ekranu. Za miłością wyjechała pani do Wiednia?

No, nie! Miałam nadzieję, że dziennikarze przestaną wreszcie wałkować zdarzenia z mego życia sprzed prawie trzydziestu lat. Parę rzeczy złożyło się na tę decyzję. Rozpad pierwszego małżeństwa, odejście z Teatru Powszechnego w dość przykrych okolicznościach, kryzys kinematografii w początkowym etapie kapitalizmu... Potrzebowałam zmiany.

Nie myśli pani, że przez emigrację pozwoliła pani o sobie zapomnieć?

A może to znaczy, że ta pamięć niewiele była warta? Nie mam pretensji do nikogo, ani do życia, ani do siebie. Bez sensu jest roztrząsanie, widocznie było mi to potrzebne. Mogłam ugruntowywać swoją pozycję w Polsce, lecz spróbowałam czegoś innego i dzięki temu też wiele ważnych rzeczy zyskałam. Nie podejrzymy tych kart, którymi rozgrywa los, więc trudno powiedzieć, co by było lepsze. Gdybanie nie ma sensu. Ani grzebanie w przeszłości. Dziś przynajmniej mogę powiedzieć, że miałam odwagę, by popełniać błędy młodości.

Po wielu latach postanowiła pani wrócić do kraju. Czy to była trudna decyzja?

Nie, bo nigdy nie chciałam Polski opuszczać na stałe. Tak sobie jeździłam między Wiedniem, a Warszawą.

Dziś jest pani znana przede wszystkim jako tłumaczka.

Muszę nieskromnie powiedzieć, że jeśli chodzi o przekłady, to jestem w tym dobra. Zawsze pisałam, lubię się bawić językiem i, jako aktorka, czuję dialog. Tłumaczę też poezję i kiedy czas mi pozwala, sztuki innych dramaturgów, choć oczywiście na pierwszym miejscu stawiam twórczość mojego męża, Freda Apke.

Z aktorstwa pani jednak nie rezygnuje. W pani planach są też nowe role filmowe?

Gram zróżnicowane postaci, co mnie bardzo cieszy - pracownik socjalny, hrabina, zakonnica, urzędniczka, niedawno wcieliłam się w psychiatrę... Zaczęłam też pracę na planie serialu, gdzie mam rolę kobiety, która straciła pamięć. Występuję także w teatrze, w radiu. Z Fredem robimy sporo słuchowisk. Cenimy sobie współpracę z Teatrem Polskiego Radia. Nagrywam również dużo audiobooków.

Podobno z życiowym partnerem rozumie się pani bez słów. Czy za miłością zawsze warto się rozglądać?

Myślę, że jak się jej szuka czy na nią czeka, to łatwo się pomylić. Wystarczy mieć otwarte oczy i nie zamykać się przedświatem. Sądzę, że tylko ktoś, kto umie być sam, nadaje się do związku z drugim człowiekiem. Czyli, paradoksalnie, gotowość na samotność, a nie poszukiwanie miłości to najlepsza droga. Kiedy już jesteśmy w relacji, ważne, aby nie zakłócać sobie wzajemnie potrzeby odosobnienia. Żeby każde mogło skupić się na własnych myślach, ciągle nie zawracało temu drugiemu gitary. Fred jest moim mężem już 17 lat. Mężem. Nie "facetem", nie "przyjacielem", nie "konkubentem". Tyle że nie mamy ślubu. Nigdy się z nim nie nudzę.

Gdzie się poznaliście?

W Koszalinie. Grałam tam gościnnie w "Balladynie", a on przyjechał na rozmowy o realizacji "Fausta". Efekt był taki, że zagrałam Mefistofelesa w dramacie Goethego, a przy okazji obsadziliśmy się nawzajem głównymi rolami w życiu.

Co jest najważniejsze?

Samo życie, które ciągle mnie ciekawi. Świat bywa taki piękny. Ważni są ludzie wokół nas. Ich dobro. Ci, których kochamy, lubimy. Istotne, żeby nie żyć tylko dla siebie i coś wartościowego po sobie zostawić. I bardzo ważne jest dla mnie poczucie wolności.

Nina Andrycz mawiała, że sztuka nie lubi konkurencji i trzeba dokonać wyboru. Ona postawiła na scenę, nie macierzyństwo. Pani też?

Nie... W ogóle lubię ludzi, a dzieci to ludzie, tylko mali. Każdy wybiera swoją drogę i żyje według własnych wartości. Czasem też sami się oszukujemy, chcąc usprawiedliwić błędy. Myślę, że potomstwo to najwspanialszy dar, choć oczywiście są tragiczne wyjątki. Mnie los tego poskąpił, ale przyjmuję to z pokorą i pogodą. Jestem za to macochą dwóch wspaniałych dziewczyn.

Podobno jest pani bardzo związana z rodzicami. Miała pni piękne dzieciństwo?

Tak. Ogromnie ich kocham i cieszę się, że ich dalej mam. Wydali mnie na świat bardzo młodo. Niewiele posiadali, ale znajdowali dla mnie czas. Miałam zawsze śniadanie do szkoły, ciepły obiad i tort na urodziny.

Słuchała pani ich wskazówek?

Rad raczej nie słuchałam i nie sposób było mnie powstrzymać i przekonać, żebym zrobiła inaczej niż sobie wymyśliłam. Ojciec mi powtarzał: "Dziecko, bądź rozsądna". Nie byłam i teraz wiem, że właśnie dzięki temu udało mi się nie skostnieć.

Jest pani kobietą spełnioną?

Doceniam to, co mam, i to, czego nie mam. Na przykład długów. Czuję się dobrze w swojej skórze i ciągle chce mi się coś robić. Myślę, że jeszcze się trochę pospełniam. Mam dużo do roboty i kilka marzeń.

***

Zobacz więcej materiałów z życia gwiazd:


Dowiedz się więcej na temat: Marta Klubowicz

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje