Reklama

Reklama

Reklama

Małgorzata Zajączkowska za kilka dni kończy 60 lat. Gorszego prezentu od syna nie mogła dostać?

Małgorzata Zajączkowska (59 l.) lada moment obchodzi sześćdziesiąte urodziny. Gdy dowiedziała się, że syn planuje wrócić do armii, nie mogła się pozbierać. Wcześniej bardzo przeżyła jego służbę w amerykańskich marines.

Jak rozpoczął się dla pani 2016 rok?

Małgorzata Zajączkowska: - Jeszcze nic szczególnego się w nim nie wydarzyło. Ale mimo to mam wrażenie, że rozpoczął się dobrze, pewnie dlatego, że miałam świetną końcówkę minionego roku.

Tylko koniec roku zaliczyła pani do udanych?

- W moim zawodzie zawsze jest hossa i bessa. I muszę przyznać, że cały rok 2015 był dla mnie niezwykle udany. To właśnie w nim zaprezentowano publiczności film Marcina Bortkiewicza "Noc Walpurgii", zrobiłam przedstawienie w Teatrze Wielkim "Krakowiacy i górale", a także film Ryszarda Bugajskiego "Zaćma".

Reklama

Praca przy serialu "Druga szansa" również się w nim zaczęła...

- Ktoś mi powiedział, że powinnam sama sobie zazdrościć takiej roli w serialu (śmiech). Bardzo mi się to spodobało. Ale trudno się z tym nie zgodzić. Dla osób w moim wieku w serialach przeznaczone są zazwyczaj role posiłkowe. A mnie trafiła się rola drugoplanowa. Gram upadłą diwę jazzu, która znalazła się na życiowym zakręcie. Powiem pani, że każda scena jest innym kolorem tej kobiety. Przejmująca historia. Już przy czytaniu scenariusza polubiłam tę postać.

A myślała pani, co by było, gdyby to pani świat legł w gruzach z dnia na dzień, podobnie jak głównej bohaterki serialu?

- Siedząc wygodnie w fotelu, wyobrażamy sobie wiele rzeczy. Kiedy oglądamy mecz i piłkarze wykonują niebywałe rzeczy z piłką, my krzyczymy do ekranu: Co robicie idioci! Zawsze jesteśmy mądrzy i wszystko wiemy najlepiej, dopóki sami nie znajdziemy się w podobnej sytuacji. A seriale to żaden dydaktyzm. To tylko pokazywanie ludziom, że nie ma jednego wyjścia z sytuacji, poza tym ostatecznym, kiedy jesteśmy strasznie chorzy i już nic nie jesteśmy w stanie zrobić.

Czytaj dalej na następnej stronie...

Koniec jest początkiem czegoś nowego?

- Naprawdę świat otwiera przed nami miliony drzwi, gdy coś się kończy. Im jesteśmy starsi, tym bardziej zwracamy na to uwagę.

Jak pani myśli, dlaczego?

- Mamy coraz mniej czasu. A poza tym on nam tak szybko ucieka... Widzę po sobie, że szkoda mi czasu na rzeczy bzdurne. I tak na przykład siedzenie w domu z kawą i wyglądanie przez okno jest dla mnie bardziej wartościowe, niż odbycie jakiegoś spotkania, które nie ma dla mnie żadnego znaczenia. Z wiekiem zaczęłam stawiać na jakość a nie ilość.

Nie przejmuje się pani zatem upływającym czasem? A czy 31 stycznia jest dla pani ważnym i radosnym dniem?

- Dokładnie! A w tym roku obchodzę sześćdziesiąte urodziny.

Zaplanowała pani jakoś szczególnie ten wyjątkowy dzień?

- Zastanawiamy się razem z reżyserem Marcinem Bortkiewiczem, czy nie wyprawić ich wspólnie. Marcin będzie miał 40, a ja 60. Świętowalibyśmy stulecie!

A pamięta pani swoją najbardziej wyjątkową imprezę urodzinową?

- Nie potrafiłabym wskazać jednej ulubionej. Jest wiele urodzin, które utkwiły mi w pamięci.

Najlepszy prezent urodzinowy otrzymała już pani od syna, prawda?

- ?

Czytaj dalej na następnej stronie...

Po latach zrezygnował ze służby wojskowej w amerykańskich marines. Nareszcie może pani spać spokojnie.

- Długo nie wytrzymał w tym postanowieniu. Właśnie chce z powrotem wstąpić do wojska. Zrozumiał, co tak naprawdę lubi robić. Ja mam duszę aktora, on ma duszę żołnierza.

Rozumie pani jego decyzję o powrocie?

- Akceptuję ją. Tylko człowiek, który się spełnia w tym co robi, może być człowiekiem szczęśliwym. Satysfakcja z tego kim się jest i co możemy w życiu osiągnąć jest najważniejsza.

A gdzie w tym wszystkim jest miejsce na miłość? Marcel znalazł tę jedyną?

- Ostatnio poprosił mnie, abym przestała o nim opowiadać. On ma już swoje życie. W czerwcu skończy 30 lat, jest dorosłym człowiekiem. Kiedyś, gdy opowiadałam o małym Marcelku, było inaczej. Teraz muszę uszanować jego wolę.

W takim razie zapytam o miłość w pani życiu. Jest?

- Jeżeli nie byłoby na nią miejsca, to człowiek byłby maszyną. Emocje i miłość są niesłychanie ważne. Bez nich życie nie miałoby sensu. Tylko z miłością w moim wieku jest trochę inaczej. Nie goni się tak za uczuciem, jak wtedy, gdy było się młodym. Docenia się zupełnie inne wartości. Ma się większą świadomość tego, za co ceni się i kocha drugiego człowieka. Przez co jest nam trochę trudniej spotkać odpowiednią osobę.

Czytaj dalej na następnej stronie...

Jest pani teraz zakochana?

- Nie jestem zakochana. Ale zobaczymy, co przyniesie nowy rok. Nie jest też tak, że mam jakieś niezdrowe ciśnienie na znalezienie swojej drugiej połówki. Mam za sobą okresy, w których długo byłam sama i było mi bardzo dobrze. Nie czułam się samotna. I z boku patrzyłam na ludzi, którzy żyją ze sobą latami, a mimo to są bardzo samotni. Ja bym nie potrafiła tkwić w czymś takim. Nie chcę tego jednak oceniać, bo każdy z nas jest inny.

A najlepiej jest pozostać sobą. Czy nie tego właśnie uczy pani na swoich warsztatach "Bądź sobą w najlepszym wydaniu"?

- Otwieram ludzi i daję im wiarę w to, że wszystko mogą osiągnąć. Uczę ich odkrywania swoich możliwości. Moim największym sukcesem jest mężczyzna, który jest w moim wieku i kompletnie zmienił swój zawód. Przychodził na moje zajęcia przez pół roku i w tej chwili jest... mówcą. Każdy odkryty człowiek jest dla mnie ogromną satysfakcją. Uczucie, które mi wtedy towarzyszy, jest porównywalne do tego, gdy zagram dobrą rolę.

Pani Małgorzato, a nie tęskni pani czasem za Stanami Zjednoczonymi? Przeżyła tam pani piękne chwile, tam również mieszka pani syn.

- Mam amerykańskie obywatelstwo i mogę tam jeździć kiedy tylko moja dusza tego zapragnie. Ale ten etap życia mam już zamknięty. W Polsce mogę grać role, których w Stanach na pewno bym nie zagrała. Poza tym bardzo lubię tutaj być: chodzić uliczkami, którymi podążałam jako dziecko, na nowo odkrywać miejsca, gdzie uciekałam na wagary, a także parki, w których spacerowałam ze swoimi pierwszymi miłościami.

Warszawa to moje miasto. I to tutaj czuję się jak u siebie. Kocham Nowy Jork, ale on jest na drugim miejscu. Z kolei mój syn ma całkowicie na odwrót. Ale wszyscy są szczęśliwi. I o to chyba w tym życiu chodzi.

Rozmawiała Alicja Dopierała

Świat & Ludzie
Dowiedz się więcej na temat: Małgorzata Zajączkowska

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy