Przejdź na stronę główną Interia.pl

Maja Ostaszewska: Koledzy zgotowali jej piekło!

W dzieciństwie mieszkała z rodzicami w ośrodku buddyjskim i marzyła o stabilnym domu. Sama też przez wiele lat nie umiała go stworzyć.

Pochodzi z rodziny o artystycznych tradycjach: babcia była aktorką, dziadek - rzeźbiarzem, a ojciec jest muzykiem i kompozytorem. Swoje imię otrzymała na cześć matki Buddy. Rodzice Mai Ostaszewskiej (43 l.) tuż przed narodzinami córki zafascynowali się buddyzmem, praktykowali jego japońską odmianę Zen. Wybór religii miał ogromny wpływ na życie aktorki i jej rodzeństwa (dwie siostry i brat) - ukształtowała ona jej wrażliwość, otwartość na świat i ogromną tolerancję... Zanim jednak Maja dojrzale zaczęła traktować swoje dziedzictwo, nie zawsze było jej po drodze ze sposobem życia rodziców.

Reklama

Chciała znaleźć własną drogę

Gdy aktorka była dzieckiem, rodzice przeprowadzili się do Przesieki w Karkonoszach, gdzie powstał ośrodek buddyjski. Dziś Maja Ostaszewska stanowczo zaprzecza, że był to rodzaj komuny hipisowskiej... Nie neguje natomiast tego, że miewała kłopoty w związku ze swoją filozofią. - Jako mała dziewczynka wychowywana w rodzinie wyznającej buddyzm byłam prześladowana przez rówieśników i straszona piekłem. Żyłam wtedy w swoim świecie opartym na magii. Wydawało mi się, że rozmawiam z elfami, uwielbiałam wilkołaki, nie do końca rozumiejąc, kim one są - wyznaje aktorka. - W związku z tym piekło, które miało mnie pochłonąć, było dla mnie czymś naprawdę przerażającym. Dziś mówię o tym z uśmiechem, ale wtedy wcale nie było mi wesoło - dodaje. Dzieci, które nie umiały jej zrozumieć, potrafiły nawet zachowywać się wobec niej agresywnie. Gdy w szóstej klasie ostrzygła się na jeża, mocno ją poturbowały...

Maja szybko zorientowała się, że jest inna. - To poczucie odmienności, wyobcowania i niedopasowania towarzyszyło mi przez sporą część życia - przyznaje aktorka. - Kiedy wszystkie dziewczynki szykowały się do Pierwszej Komunii, bardzo zazdrościłam im pięknych białych sukienek. Wtedy mama uszyła mi śliczną niebieską, a tata z drucików i tiulu skonstruował skrzydełka elfa. Biegałam w tym stroju od rana do wieczora, czując się jak księżniczka - opowiada.

Mama i ojciec zawsze byli jej bliscy. Jako nastolatka mogła uczestniczyć w imprezach, które odbywały się w jej domu. Znajomi rodziców byli znajomymi Mai. - Dziś uważam, że to nie było fajne. Przyjaźniłam się ze starszymi, więc nie mam licealnych wspomnień ze swoimi rówieśnikami, nie byłam nawet na studniówce - zdradza aktorka.

Z problemami borykał się też ojciec Mai. Bujne życie towarzyskie krakowskich jazzmenów burzyło rodzinny spokój. - Coraz bardziej potrzebowałem prostoty w życiu rodzinnym, bo ze środowiskiem jazzowym łączył się autodestrukcyjny styl życia. Przełom musiał być zdecydowany. Jak u nałogowca, który całkowicie odstawia alkohol, żeby sobie poradzić z problemem - wyznał po latach Jacek Ostaszewski.

Dzięki praktykom buddyjskim ojciec aktorki zmienił podejście do życia i osiągnął stabilizację. Odnalazł swoją drogę i chciał, żeby odkryła ją też jego córka. I Maja jej szukała. - Kumplowałam się z chłopakami i chciałabym być taka, jak oni. Ćwiczyłam więc np. kung-fu. Męski świat mnie bardzo pociągał - wspomina gwiazda. - Z kolei po studiach byłam strasznie rozszalała - dodaje. Nie w głowie jej była stabilizacja czy myśl o zakładaniu rodziny. Jako młoda dziewczyna głównie realizowała się jako artystka.

W nietypowym trójkącie

Swój pierwszy poważny związek stworzyła z reżyserem, Łukaszem Barczykiem. Poznali się w końcu lat 90. Nie było to uczucie od pierwszego wejrzenia. - Zanim zostaliśmy parą, pracowaliśmy ze sobą trzy lata. Potrafiliśmy się szybko dogadać: wystarczyło jedno spojrzenie, jedno słowo. Wspólne doświadczenia i zbliżona wrażliwość sprawiały, że na planie filmowym rozumieliśmy się lepiej; nie trzeba było przełamywać tak wielu barier - opowiada Maja. A jednak pomimo artystycznego porozumienia, parze coraz trudniej było się dopasować w życiu prywatnym. Rozstali się. Po latach aktorka przyznała, że potrzebuje związku, w którym jest przestrzeń, a partner nie stara się zamykać jej w klatce. Relacja z Barczykiem do takich nie należała.

Kilka lat później, na planie filmu "Solidarność, Solidarność" Maja poznała Michała Englerta, syna Marty Lipińskiej i Macieja Englerta. Była już "kobietą po przejściach". - Spotkaliśmy się jako osoby dorosłe, po różnych doświadczeniach. Wiedzieliśmy, czego oczekujemy. Myślę, że oboje dobrze się dobraliśmy. Mamy wolne, twórcze zawody, doskonale się rozumiemy - stwierdza Maja. - Uzupełniamy się, jesteśmy z sobą mocno związani, a jednocześnie szanujemy przestrzeń drugiego. Nie kontrolujemy się nawzajem - dodaje.

Poszanowanie przestrzeni w związku Mai i Michała jest na tyle duże, że aktorka pozwala często pracować swojemu ukochanemu z... jego byłą żoną - reżyserką Małgorzatą Szumowską. Natomiast w jej film "W imię..." zaangażowani byli we troje. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie to, że Englert zostawił żonę właśnie dla Mai. I choć Szumowska bardzo przeżyła to rozstanie, aktorka, jej partner i reżyserka są bardzo serdecznymi przyjaciółmi i pracują nad wzajemną relacją nie tylko ze względu na zawodowe powiązania.

Maja póki co nie zamierza brać przykładu z Szumowskiej, która niedawno wyszła za mąż za aktora Mateusza Kościukiewicza. Choć nie wyklucza ślubu. Wie, że ucieszyłoby to rodziców Michała, praktykujących katolików, od których czerpie coraz więcej wartości. Ale jeszcze nie jest na to gotowa. - Zawarcie małżeństwa nie sprawi, że ktoś będzie z nami bezwarunkowo i na zawsze. Ale ślub może być prawdziwie symboliczny i piękny, jeśli jest wynikiem potrzeb serca. Jesteśmy z Michałem narzeczonymi, nie wykluczam ślubu, ale rodziną jesteśmy od dawna. Bez papierka - tłumaczy. Ich związek dodatkowo scementowały narodziny syna Franka (6 l.), a później córki Janiny (4 l.).

- Dzieci pojawiły się w naszym życiu w odpowiednim momencie. Byłam dojrzałą kobietą, miałam czas nabrać życiowego doświadczenia - stwierdza aktorka. To właśnie ze względu na dzieci gwiazda ograniczyła zawodową aktywność. - Nim urodzili się Janka i Franek, byłam towarzyska. Potem poszłam w przeciwnym kierunku - macierzyństwa, które zawładnęło mną bez reszty - mówi aktorka. - A teraz mam w sobie nieograniczone pokłady spokoju i radości.



Dowiedz się więcej na temat: Maja Ostaszewska

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje