Reklama

Reklama

Reklama

Krzysztof Kiersznowski: Pierwszy raz ojciec odszedł, gdy miałem 15 lat

Warszawiak w czwartym pokoleniu. Jego przodkami byli Jaćwingowie, lud zbójów. Krzysztof Kiersznowski (67 l.) zdradza swe nieznane losy. - Moje relacje z ojcem były różne. Parę lat nie rozmawialiśmy, potem się poprawiło - opowiada. Największy bunt przechodził w ósmej klasie. Za słowa o Ruskich niemal wyrzucili go ze szkoły...

Gdzie pan przyszedł na świat?

Krzysztof Kiersznowski: - Urodziłem się na Powiślu. Kolejnych sześć lat spędziłem na warszawskiej Woli. Po wojnie nic tam nie było, kupa gruzów. Z budynków pozostały partery i piwnice. Mieszkałem w takiej zaadaptowanej prowizorycznie na mieszkanie piwnicy. Z rodzicami, dziadkami od strony mamy, dwoma braćmi babci oraz psami.

Co pan pamięta jeszcze z tamtego okresu?

- Warsztat samochodowy, naprzeciwko którego mieszkaliśmy, zapach opon, bar mleczny, stajnię z końmi i dworzec kolejowy, który wtedy tam funkcjonował. Jako dziecko siadywałem na pobliskiej górce z psami, Kokonem i Liskiem, i patrzyłem na przejeżdżające pociągi. Po wojnie mama dostała pracę w stołecznej Radzie Narodowej jako sekretarka. W 1956 roku, prawdopodobnie po znajomości, otrzymała 29-metrowe mieszkanie w jednym z najbardziej ekskluzywnych miejsc w tamtym okresie, czyli przy Al. Wyzwolenia, na osiedlu Latawiec. Zamieszkaliśmy tam z psem, kotem i gołębiem Maćkiem.

Reklama

Ojciec odnalazł się w nowej rzeczywistości, po wojnie?

- Nie bardzo. Gdy wybuchła wojna, miał 19 lat. Przyjaciel, którego ojciec był głównym komendantem Straży Pożarnej, wciągnął go do strażackiego ruchu oporu. Oficjalnie więc był inspektorem, kontrolował inne jednostki pożarne. Skończył tajną podchorążówkę, kursy wojskowe i doczekał do powstania. Ze stu żołnierzy z jego oddziału, przeżyło kilkunastu, w tym mój ojciec. Dla niego komuna to było makabryczne upokorzenie i złodziejstwo. Powtarzał, że uczciwy człowiek nie miał prawa należeć do żadnej organizacji. Kiedy mama zapisała mnie do harcerstwa, wybuchła wielka awantura i on mnie wypisał. Po wojnie był taksówkarzem.

Rozmawiał pan z ojcem o tamtych czasach?

- Nigdy nie było tak, że siadaliśmy razem i on zanurzał się we wspomnienia. Opowiadał mi przy okazji, gdy np. mijaliśmy jakieś miejsce na Nowym Świecie i on sobie o czymś przypomniał. Wciąż spotykał się ze starymi kolegami u nas w mieszkaniu, przy okazji imienin, urodzin. 1 sierpnia wszyscy szli na Powązki na kwatery. Kilku kolegów z jego oddziału odnalazło się w nowych czasach. Jeden był dyrektorem w telewizji, inny wstąpił do partii. Ojciec opowiadał mi, jak oni się zmieniali na przestrzeni lat. Ale 1 sierpnia rano wszyscy stawiali się przy kwaterach, z dziećmi.

Związek rodziców chyba nie należał do najłatwiejszych?

- Rozstawali się i wracali do siebie. Pierwszy raz ojciec odszedł, gdy miałem 15 lat. Zeszli się, gdy wróciłem z wojska, potem znów się rozstali. To był trudny związek, a moje relacje z ojcem były różne. Parę lat nie rozmawialiśmy, potem się poprawiło.

A pan jakim był dzieckiem?

- W dzieciństwie spokojnym, jąkałem się. Największy bunt przechodziłem w ósmej klasie. Myślę, że byłem wtedy na granicy chuligaństwa. To były czasy, gdy dzielnice biły się z innymi. Nie wiem dlaczego ludzie często mówią o cudownych latach 70. czy 80. Ja pamiętam je inaczej. Wtedy nawet 100 osób z tej samej dzielnicy potrafiło przejść placem Konstytucji, niszcząc wszystko po drodze, bo milicji nie było. Pamiętam też jak stawaliśmy na tyłach kina Luna, każdy miał łańcuch albo kij, i szliśmy wielką grupą na tych z innej dzielnicy. Z tego towarzystwa wyciągnęła mnie dziewczyna, w której się zakochałem i spotykałem przez kolejne 1,5 roku.

Ostatnią, 9. klasę pan powtarzał...

- Bo ona się uczyła, a ja nie. Ale po latach, kiedy byłem już aktorem, dowiedziałem się od nauczyciela przysposobienia wojskowego, że mogłem zdać, gdyby nie dyrektorka. Uczyła nas historii. Na jednej lekcji opowiadała o granicach przedwojennych i powojennych Polski. Rzuciłem do kolegi: "to jak w ruskim cyrku". I za te słowa dyrektorka poleciła nauczycielom wstawić mi lufy. Powtórzyłem więc klasę. Gdy przyszedł czas próbnej matury, byłem pewny, że źle ją napisałem i nie zostanę dopuszczony do tej w maju. Zdecydowałem się na wojsko. Potem okazało się, że napisałem ją na 3.

Co pan robił po wojsku?

- Otrzymałem zawód: mechanik samochodowy trzeciej kategorii. Przez pewien czas jeździłem nawet ciężarówkami. Ale nie odnajdywałem się jakoś. Zdałem maturę i złożyłem papiery do szkoły teatralnej w Łodzi.

Skąd taki pomysł?

- Mama chciała iść na aktorstwo. Ale gdy to było możliwe, pojawiłem się ja, więc chyba te marzenia przelała na mnie. Ta myśl o aktorstwie przyszła więc jakoś naturalnie. Udało mi się skończyć studia zgodnie z planem i zacząłem pracę w teatrze Ochoty.

A potem zniknął pan z Polski na pięć lat.

- Ożeniłem się z Francuzką, która pracowała w ambasadzie, a po naszym ślubie skierowano ją do placówki w Irlandii. Wyjechaliśmy więc razem. Jako mąż dyplomatki nie mogłem pracować, chyba że jako wolontariusz. Potem żona znów dostała inną placówkę. Ja już wtedy nie wytrzymałem i rozeszliśmy się. Gdyby nie Juliusz Machulski, który zaangażował mnie do "Kilera", nie wiem co by dalej ze mną było.

Może zostałby pan taksówkarzem, jak ojciec?

Nawet się nad tym zastanawiałem. Kiedyś wróżka powiedziała mi, że powinienem zostać żołnierzem. I kto wie... w wojsku człowiek rano wstaje i wie co ma robić. I dla mnie to było dobre, a życie aktora zawsze jest spontaniczne. Z drugiej strony nie do końca odnajdywałem się na etacie w teatrze, to był jakiś inny rodzaj poukładania. W sumie tych moich ról nie było dużo. Ostatnio policzyłem, że zagrałem 5-7 ról drugoplanowych, a reszta to epizody.

Do której swojej roli ma pan największy sentyment?

- Jeśli chodzi o wpływ na karierę, to przełomem był film "Statyści" Michała Kwiecińskiego. Dzięki temu Tadeusz Lampka zaangażował mnie do "Barw szczęścia", w którym gram 10 lat. I bardzo lubię tam pracować, bo jest fajna atmosfera. Często przy innych produkcjach czułem, że ludzie myślą: "Jezu, kto go tu wziął". A tu mam poczucie wzajemnej sympatii, co jest dla mnie bardzo ważne. Jeśli zaś chodzi o wyzwania, to najciekawsza była dla mnie rola ojca w filmie "Cześć, Tereska". Bo to było kino społeczne, z misją.

Dzieci nie chciały pójść w pana ślady?

- Maks miał na to wielką ochotę. Gdy był nastolatkiem, trafił na zdjęcia próbne do serialu, którym zajmowała się Małgosia Potocka. Poprosiłem ją, żeby dała mu w kość. Został prawnikiem, mieszka we Francji. Ma córkę Ewę, do której mówi po polsku, a jej mama po francusku. Córka Kasia mieszka w Polsce, pracuje jako scenograf.

***

Zobacz więcej materiałów:

Świat & Ludzie

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy