Przejdź na stronę główną Interia.pl

Karolina Szostak: Było mnie trochę za dużo!

Karolina Szostak (42 l.) jest zawsze uśmiechnięta, pełna energii i optymizmu. Jednak nie ma szczęścia w miłości. A chciałaby założyć rodzinę, mieć dzieci. Jest tradycjonalistką.

DOBRY TYDZIEŃ: W miłości nie ma pani chyba szczęścia?

Reklama

KAROLINA SZOSTAK: To prawda, nie wiem, z czego to wynika. Niektórzy twierdzą, że silne, przebojowe kobiety mają trudniej. Ale nie jestem jedyną taką osobą na świecie. Sporo mężczyzn nie chce też mieć partnerki, która występuje w telewizji i cieszy się popularnością. Nie jestem singielką z wyboru. Chciałabym dzielić z kimś życie, założyć rodzinę. Potrzebuję mężczyzny dojrzałego, pewnego siebie, z inicjatywą. 

Ostatnio było głośno o pani związku z... 

- Nie komentuję spraw męsko-damskich. 

 Po swojej spektakularnej metamorfozie odczuwa pani większe zainteresowanie  ze strony  mężczyzn? 

- Nie, jest wielu panów, którzy do mnie piszą: „Po co się Pani odchudziła?”. Zresztą nie zrobiłam tego  dla nich, tylko  dla siebie.

A czuje się pani bardziej  seksowna? 

- Inna. W poprzedniej skórze czułam się dobrze, byłam uśmiechnięta, prowadziłam normalne życie towarzyskie, choć może nie byłam tak rozpoznawalna. Jednak stwierdziłam, że trzeba coś zrobić dla własnego zdrowia.  

Punktem zwrotnym był chyba dla pani udział w „Tańcu z Gwiazdami”? 

- Miałam piękne stroje, ale nie wyglądałam w nich tak, jakbym sobie tego życzyła. Stwierdziłam, że jest mnie trochę za dużo. Jeszcze wcześniej miałam zdiagnozowane hashimoto. Przy niedoczynności tarczycy i wahaniach hormonów, metabolizm jest słaby. Tyje się od szklanki wody, dlatego wskazany jest ruch i odpowiednia dieta. Postanowiłam zastosować 42-dniowy, warzywno-owocowy post oczyszczający dr Dąbrowskiej. Teraz robię go raz w roku. 

To dosyć drakońska dieta... 

Co to jest sześć tygodni w perspektywie całego roku? Oczywiście taki post wymaga dyscypliny, determinacji, silnej woli. Trzeba pamiętać, że robimy to dla siebie i zdrowia. Czasami nam się nie chce z lenistwa, wygody. Nie należy szukać wymówek. Mówię o tym w czasie warsztatów dla kobiet, które prowadzę. Warto sobie wszystko uporządkować w głowie, mieć tabelę rzeczy, które można jeść i tych zabronionych. Ja z braku czasu korzystam z firmy cateringowej.

Ale przecież jedzenie jest  wielką przyjemnością. 

- Dla mnie także, uwielbiam smakować różne dania. Kiedy kończy się post, pozwalam sobie na wino, pizzę. Raczej unikam mięsa, ale zdarza mi się zjeść tatara, kawałek cielęciny. Na szczęście nigdy nie przepadałam za słodyczami, lubię jedynie lody. Boję się efektu jo-jo, dlatego się pilnuję.

Jako nastolatka miała pani wypadek samochodowy, przeszła operację głowy. Nie było przeciwwskazań do diety? 

- Nie konsultowałam tego z moim neurologiem. Od tamtego zdarzenia już minęło tyle lat, nie odczuwam żadnych dolegliwości, a post jest ozdrowieńczy. Wyniki mam dobre, skończyły się migreny, nie łapię przeziębień. 

Po wypadku dostała pani drugie życie. Czy tę metamorfozę traktuje pani jak trzecie życie? 

- Wtedy faktycznie otarłam się o śmierć, trzy lata dochodziłam do siebie i dostałam drugą szansę. Teraz jest to samo życie tylko w innym rozmiarze.  

Pozostał pani uraz do aut? 

- Nie. Uwielbiam szybką jazdę. Wcześnie zaczęłam prowadzić samochód, jeszcze nie miałam prawa jazdy. Po wypadku wsiadłam do auta, by nie pielęgnować strachu, traumy. Zresztą w czasie kraksy byłam tylko pasażerem. Ale teraz zastanawiam się, z kim wsiadam do samochodu. Dlatego po różnych imprezach to ja zwykle jestem kierowcą, bo największe zaufanie w tym względzie mam do siebie.

Jak pani sobie radzi, kiedy przydarza się gorszy dzień? 

- Nie dopuszczam do siebie chandry. Jestem pozytywnie nastawiona do świata i do życia. Trudniejszy czas zazwyczaj wynika z przemęczenia, a wtedy po prostu zostaję w domu, obejrzę jakiś film, wyśpię się.

Mama wspiera panią w poście?  

- Oczywiście. Sama spróbowała kiedyś diety sokowej, ale wytrzymała tylko trzy dni. Bardzo mnie podziwia, lecz i cierpiała razem ze mną. W ubiegłym roku mój post wypadł akurat na Święta Wielkanocne. Ja siadałam do marchewki i kapusty, a mama z ojczymem do żurku. Ten zapach tak rozchodził się po mieszkaniu, że ledwie się powstrzymałam. 

Kiedyś mówiła mi pani, że  jesteście jak włoska rodzina. Nadal mocno iskrzy? 

- Coraz mniej, chyba z wiekiem łagodniejemy. Kiedyś zdarzało się trzaskanie drzwiami, rzucanie słuchawką telefonu. Jesteśmy do siebie podobne, silne, zaradne. Szybko się denerwujemy, wybuchamy. Ale teraz, choć jestem uparta, potrafię ustąpić. Mama jest najważniejszą kobietą w moim życiu. Urodziła mnie wcześnie, miała zaledwie dwadzieścia lat. Byłyśmy tylko we dwie, nauczyła mnie samodzielności, odpowiedzialności, zaradności. Ona ukształtowała mój charakter.  

Oprócz mamy, do kogo pani może zadzwonić, kiedy  pojawia się jakiś problem? 

- Mam grono zaufanych przyjaciół. Z nimi mogę o wszystkim porozmawiać. Są porozrzucani po świecie, ale to nam nie przeszkadza. Przyjaciółka, taka od szkoły podstawowej, mieszka w Brukseli. Inna osiadła w Hiszpanii, byłam u niej w ubiegłym roku na wakacjach. Teraz mieszkam pod Warszawą u mojej przyjaciółki Marzeny, projektantki mody, która prowadzi butik 303 Avenue. 

Dlaczego pani u niej nagle  się znalazła? 

Bo wreszcie po ośmiu latach postanowiłam zrobić generalny remont mojego mieszkania, łącznie ze zrywaniem podłóg. Wszystko się niestety przedłuża, ale mam nadzieję, że do Wielkanocy zdążę.

Rozmawiała: Ewa Modrzejewska



Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje