Przejdź na stronę główną Interia.pl

Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl
Nie przegap
najgorętszych
plotek!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie. Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj Pomponik.pl lub zobacz instrukcję »

Joanna Kurowska: Zanim urodziła się Zosia, jedno moje dziecko zmarło

Bardzo cierpiała, gdy zachorował jej ukochany mąż. Choć dzielnie o niego walczyła, nie zdołała mu pomóc. Ciężko jej było pogodzić się ze śmiercią brata, dziecka i kuzyna.

Życie mnie nie oszczędza. Zaliczyłam wiele upadków, ale z każdego się podnosiłam. To były śmierci, rozstania, jakieś traumy - sporo tego. Mam w sobie dużo melancholii i smutku, a wesołość w dużym stopniu wypracowaną. Prześmiewam życie, żeby nie bolało. To jest taka moja tarcza ochronna - mówi aktorka Joanna Kurowska (52 l.).

Kompleks starszej siostry

Reklama

Już jako mała dziewczynka poznała smak cierpienia. W dzieciństwie zmarł jej brat, a starsza siostra ledwo wyzdrowiała po operacji rozlanego wyrostka robaczkowego. Rodzice doświadczeni stratą syna i ciężką chorobą córki, całą swoją uwagę skupiali na siostrze aktorki, która cudem uniknęła śmierci. A Joanna też chciała być przez nich zauważana.

- Grając w amatorskich teatrzykach, byłam w centrum uwagi. W tych momentach, kiedy rodzice z dumą mnie oklaskiwali, też czułam się najważniejsza i najbardziej kochana - zdradza. Ale dopiero po latach otwarcie przyznała, że jej skazą z dzieciństwa był kompleks siostry, którą stawiano jej za wzór.

- Ona była ta mądra, a ja ta ładna. Niestety, dziecko, które naturalnie stara się o akceptację i miłość rodziców, dopasowuje się do ich oczekiwań. I jeśli przez lata wmawia mu się, że jest wyłącznie ładne, lecz głupsze, to takie będzie. Popada w kompleksy - tłumaczy aktorka. Dlatego nigdy w życiu nie miała problemu ze swoim wyglądem. Natomiast zawsze wątpiłam w swoje możliwości intelektualne.

Nie byłam szczęśliwa

Te zadry z dzieciństwa tak bolały, że w dorosłym życiu zdecydowała się na terapię psychologiczną. - Dzieciom powinno się mówić, że są piękne, wyjątkowe, mądre i ważne. A pokolenie moich rodziców tego nie mówiło. Oni nas kochali oczywiście na swój sposób, ale nie zapewniali dzieci, że są unikatowe, kochane i wyjątkowe - wyjaśnia. Ale nie tylko dorośli nie rozumieli Joanny, z rówieśnikami też nie potrafiła znaleźć wspólnego języka. Kiedy oni biegali na dyskoteki, ona czytała ambitne książki, jak choćby "Braci Karamazow".

- Nie chcąc narażać się na drwiny, wolałam nie mówić , że spędziłam wieczór z Dostojewskim, lecz powiedzieć, że nie chciałam iść na dyskotekę, bo nie dostałam od rodziców modnego różowego sweterka.

Nie było jej łatwo także na studiach w łódzkiej "Filmówce", choć dostała się na nie z drugą lokatą. Wyruszyła tam z jednym plecakiem i sama się utrzymywała. Starała się mieć jak najlepsze stopnie, bo to gwarantowało jej otrzymanie stypendium naukowego.

- Ta wieczna samokontrola, odmawianie sobie prawa do zabawy czy choćby chwili odpoczynku, męczyło mnie i rodziło we mnie bunt. Ale kiedy jeden raz pozwoliłam sobie na ten błąd, miałam niższą średnią i nie dostałam stypendium, nie miałam za co żyć - wspomina z żalem Kurowska.

Z kolegami ze studiów również nie odnalazła porozumienia. - Nie byłam szczęśliwa. Przyjechałam z Kaszub, a tam wszyscy mówią to, co myślą. Sprawy są proste. W Łodzi nic nie było uporządkowane. Nie wiedziałam, czy ktoś mówi prawdę, czy kłamie. Zrozumienie znalazłam dopiero, gdy poszukałam sobie starszych, bardziej doświadczonych przyjaciół.

Moje dziecko zmarło

Kiedy zamieszkała w Warszawie, zachłysnęła się dorosłością. Utwierdziła się w przekonaniu, że jest lwicą salonową. Jej ówczesny partner, który był typem kawiarnianego playboya, już o dziewiątej rano pastował buty i sprawdzał kalendarz imprez. Dziennie bywali w trzech, czterech lokalach.

Takie życie jednak jej nie odpowiadało, więc rozstała się z ukochanym. Wraz z nową miłością w jej życiu zagościło szczęście. Grzegorz Świątkiewicz - dziennikarz sportowy, człowiek rodzinny i domator - był zaprzeczeniem poprzedniego partnera Joanny. Przy nim artystka odkryła radość życia domowego. Choć los nie skąpił jej także bolesnych przeżyć. Dopiero niedawno zdecydowała się o tym wspomnieć.

- Zanim urodziła się Zosia, jedno moje dziecko zmarło - zdradziła, dodając, że "im człowiek jest bardziej poraniony, tym lepiej mówi monodram o śmierci dziecka".

Niełatwe przejścia rekompensowała jej szczęśliwa rodzina, którą założyła wraz z Grzegorzem, byłym mężem Katarzyny Dowbor. O swoim ukochanym mówiła tak: - Mój mąż jest z gatunku tych mężczyzn, co to już takich nie ma. To Bogumił Niechcic, prawy, moralny i dobry.

Bardzo cierpiała więc, gdy jej wybranek podupadł na zdrowiu. - To była piękna miłość, zanim mój mąż nie zachorował. Grześ przestał dogadywać się sam ze sobą, a przez to oddalał się ode mnie. Depresja to ciężka choroba. Robiłam, co mogłam, by rozjaśnić życie mojego męża, ale nie byłam w stanie mu pomóc. Do końca miałam nadzieję, że Grzesiek ze swojego czarnego świata kiedyś wróci do mnie i do córki. I wracał, ale coraz rzadziej i na krótko.

Nie oglądam się za siebie

Kiedy w 2014 r. mąż aktorki nagle odszedł, dla wielu było to zaskoczeniem. Dla Joanny zaś kolejnym etapem cierpienia. Po raz pierwszy poczuła, że nie ma siły iść dalej, a przecież Zosia potrzebowała wtedy jej wsparcia.

- Przez rok brałam antydepresanty. Myślałam, że z tego nie wyjdę. Jednak w końcu zrozumiałam, że mam nastoletnią córkę, o którą muszę zadbać - mówi.

Wielkim oparciem dla niej była wówczas jej przyjaciółka Agata Młynarska. - Nie zostałam z tymi problemami sama. Agata zresztą do tej pory bardzo mi pomaga, przyjeżdża do Zosi i razem ze swoim mężem troszczą się o nas.

Teraz role się odwróciły i to Joanna wspiera przyjaciółkę po śmierci jej ojca Wojciecha Młynarskiego. Niedawno jednak dostała od losu następną gorzką lekcję - zmarł jej bliski kuzyn, z którym wychowywała się w jednym domu. - Śmierć siostrzeńca była wielką tragedią dla mojej schorowanej mamy, która mieszkała z nim na co dzień przez ścianę. Teraz najbardziej martwię się o jej zdrowie, mama choruje na parkinsona - tłumaczy aktorka.

Kiedy tylko może, jedzie do rodziców do rodzinnej Rumi. Stara się też być podporą dla teściowej, która wciąż jeszcze nie pogodziła się ze stratą swojego ukochanego syna.

Mimo wielu trudnych przejść Joanna nauczyła się smakować życie. - Największą przyjemność sprawia mi dbanie o siebie. Właśnie po raz kolejny wróciłam ze Słonecznego Zdroju w Busku Zdroju, gdzie oddawałam się zbawiennym masażom i zabiegom rehabilitacyjnym - mówi "Na Żywo".

Jej dni są radosne także dzięki nowym rolom teatralnym i sukcesom szkolnym córki, z których jest bardzo dumna. Aktorka przyznaje też, że jest już gotowa na miłość. Jej życie toczy się teraz według zasady: "Nie oglądam się za siebie, nie wybiegam myślami w przyszłość. Cieszę się dniem dzisiejszym".

***

Zobacz więcej materiałów:

Na żywo

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje