Przejdź na stronę główną Interia.pl

Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

Jerzy Turek: Ta śmierć bolała go do końca

Kiedy zachorował, chciał zmienić zawód. Bał się, że nie utrzyma rodziny. Los jednak dał mu szansę. Następnym razem nie był już tak szczodry. Odebrał mu syna...

"Byłem zupełnie innym człowiekiem do czterdziestego roku życia. Syn mi zmarł. W wieku trzynastu lat. Jeden z bliźniaków. Od tego czasu życie mi się straszliwie zmieniło. Z takim garbem już się do śmierci chodzi. Nie pogodzę się z tym aż do końca" - wyznał Jerzy Turek (†76 l.) swoją bolesną tajemnicę niedługo przed śmiercią.

Reklama

Życie aktora od dziecka nie było usłane różami. Miał tylko pięć lat, gdy wybuchła druga wojna światowa. Całą okupację spędził na wsi, niedaleko Mińska Mazowieckiego i dopiero w 1945 r. przyjechał z rodzicami do Kobyłki pod Warszawą. Nie było im łatwo związać koniec z końcem. - Nikt nam dzieciom niczego nie dawał, musieliśmy zapracować. W domu była nas czwórka - siostra i dwóch braci. A po wojnie ojciec odbudowywał Warszawę, a mama zajmowała się naszym wychowaniem - wspominał po latach Jerzy.

O zawodzie aktora nawet nie marzył. Doskonale wiedział, że ten pomysł nie spodobałby się jego rodzicom, którzy woleli, aby syn miał pewny fach w ręku. Po ukończeniu szkoły podstawowej poszedł więc do technikum mechanicznego, gdzie poznał Wojciecha Pokorę, z którym się zaprzyjaźnił. Przyszły aktor żadnego zajęcia się nie bał. Pracował nawet przez dwa lata jako robotnik w FSO na Żeraniu. A potem razem z przyjacielem wybierał się do szkoły oficerskiej. Ale los zadecydował inaczej.

Dzięki namowom kolegi z amatorskiego zespołu artystycznego postanowili zdobyć zawód aktora. Jednak mama Jurka, zgodnie z jego przewidywaniami, nie była zadowolona z wyboru dokonanego przez syna. Ale on postawił na swoim. Był bardzo szczęśliwy, gdy po skończeniu warszawskiej PWST niemal od razu zaczął grać. Zapracowany od rana do wieczora, z trudem znalazł czas, aby się ożenić...

Z Bolesławą, którą nazywał pieszczotliwie Lesią, poznali się jeszcze przed maturą i od razu pokochali. Postanowili się więc pobrać. Uroczystość udało się zorganizować 6 października 1962 r., chociaż nie bez przeszkód. Bolesława tego dnia musiała rano uczestniczyć w obowiązkowych ćwiczenia na Politechnice Warszawskiej, gdzie studiowała, a potem kolega Jerzego miał ją podwieźć na ślub do Kobyłki. Niestety, spóźnili się 45 minut. Na szczęście urzędnik na nich poczekał. Dwa tygodnie później zakochani stanęli przed ołtarzem.

Podróży poślubnej nie było, bo Jurek niedługo po ceremonii w kościele musiał stawić się w teatrze na przedstawieniu, a jego żona na uczelni. Półtora roku później, 20 marca 1964 r., powitali na świecie bliźniaki Piotra i Pawła. Młoda mama przerwała naukę i zajęła się wychowaniem chłopców. Przez dziesięć lat wiedli udane i szczęśliwe życie rodzinne. Kłopoty zaczęły się w 1973 r. Aktor, który od dziecka chorował na gardło, był bardzo podatny na wszelkie infekcje. - Po kilku latach uprawiania zawodu zdarzyło mi się nieszczęście - przez głupotę zdarłem gardło. Najpierw wyciąłem migdałki, a potem nie wiedziałem, że powinienem wziąć wiele lekcji emisji głosu, by na nowo nauczyć się mówić. Do tego musiałem wówczas intensywnie pracować głosem, bo takie wymagania stawiała duża sala Teatru Narodowego i struny nie wytrzymały - wspominał.

Coraz gorzej mówił, miał chrypę, a zapisywane przez lekarza antybiotyki nie pomagały. Jerzy był już tak załamany, że myślał nawet o zmianie zawodu. Wiele nocy wówczas nie przespał, zamartwiając się, czy zdoła utrzymać rodzinę. Po kolejnym badaniu okazało się, że na jego strunach głosowych pojawiły się polipy. Zapadła decyzja o operacji. Nikt jednak nie dawał aktorowi gwarancji, że odzyska głos. Na drugi dzień po zabiegu, gdy jego żonaweszła do pokoju, gdzie poprzedniego dnia leżał, łóżko było puste... Zemdlała, sądząc, że odszedł na zawsze. Ocuciły ją pielęgniarki i poinformowały, że Jerzego przeniesiono do izolatki. Wkrótce okazało się, że wszystko się udało, ale po powrocie do pracy artysta musiał się nauczyć na nowo mówić. Jeździł też obowiązkowo nad polskie morze wdychać jod.

Cztery lata później rodzina Turków musiała stawić czoła wielkiej tragedii. Paweł, 13-letni syn aktora, zapadł wówczas na zdrowiu. Lekarzom nie udawało się postawić diagnozy. Chłopca operowano w szpitalu dziecięcym przy ulicy Litewskiej w Warszawie, nieopodal Teatru Rozmaitości, w którym Jerzy wówczas występował. Aktor krążył między teatrem a szpitalem, nie opuszczając żadnego przedstawienia. A każdą wolną chwilę spędzał przy łóżku ukochanego synka. Jego świat zawalił się w jednej chwili, gdy chłopiec odszedł... Po jego śmierci Turkowie nie byli w stanie mieszkać w miejscu, w którym każdy kąt przypominał im Pawełka, więc jak najszybciej zmienili adres. Jerzy rzucił się w wir pracy, żeby zapomnieć o tym, co go spotkało. Ale nie potrafił...

Z czasem jednak ból, który czuł każdego dnia i nocy, nieco zelżał. Aktor pracował dopóki mu wystarczyło sił. Cieszył się, że dzięki Piotrowi, drugiemu z bliźniaków, został dziadkiem. Wnuczka Ola była jego oczkiem w głowie w ostatnich latach życia. Aktor, mimo ciężkich przejść, starał się zachować poczucie humoru. - Słuchaj kochanie, ja już coraz cieniej śpiewam - mówił do żony, kiedy dotykały go kolejne bolączki związane z wiekiem oraz utratą zdrowia. W lipcu 2009 r. dostał udaru mózgu. Kiedy wydawało się, że najgorsze już minęło, osłabiony organizm zaatakowała białaczka. Z tym przeciwnikiem nie udało mu się już wygrać...

***

Zobacz więcej materiałów z życia gwiazd:


Dowiedz się więcej na temat: Jerzy Turek

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje