Przejdź na stronę główną Interia.pl

Brat Marcina Prokopa idzie w jego ślady

Jako mały chłopiec marzył o bracie. Doczekał się go, kiedy miał 10 lat. Dziś rozumieją się bez słów i są dla siebie wsparciem. Ufa mu, podobnie jak żonie Marysi i córce Zofii.

Warszawski Grochów. Przedwojenna kamienica przy ul. Szaserów. Tam w niewielkiej kawalerce nad bramą wychował się Marcin Prokop (40). - Całe moje życie toczyło się wokół tego miejsca. Chodziłem do przedszkola i szkoły podstawowej przy tej ulicy - wspomina dziennikarz.

Reklama

Duży wpływ na niego miała babcia. Odbierała go z przedszkola. Gdy coś zbroił, straszyła piekłem. Mówiła mu też o niewidzialnej ręce, która może go skarcić, jeśli będzie niegrzeczny. Dlatego gdy pewnego dnia kopnął kolegę, od razu pobiegł do kościoła, prosząc Jezusa o wybaczenie. Kiedy dorósł, babcia mawiała, że trafi do poprawczaka. Tak bardzo się go bał, że robił wszystko, byle tam nie wylądować. Rodzina żyła skromnie.

- Pierwszym marzeniem, jakie pamiętam z dzieciństwa, było posiadanie własnego pokoju - wspomina dziennikarz. Rodzice postanowili to pragnienie spełnić. Kiedy w wakacje wyjechał na obóz, ojciec postawił ściankę z dykty i wydzielił dla niego kąt w kuchni. Po powrocie czekał na niego własny pokoik.

- Był wielkości przedziału w pociągu, ledwo mieściło się w nim łóżko i malutkie biurko, ale cieszyłem się niezmiernie - opowiada Marcin. Żartuje, że musiał robić staranną selekcję kolegów, bo do jego "apartamentu" dało radę się wcisnąć maksymalnie 3 osoby jednocześnie. Zresztą nieczęsto odwiedzali ich goście. Dom to było raczej miejsce, gdzie każdy mógł się wyciszyć. Dlatego w wieku dorosłym dziennikarz sam nie jest skory do brylowania w towarzystwie.

Drugim wielkim marzeniem Marcina było rodzeństwo. Tak bardzo go pragnął, że wymyślił sobie brata. Nadał mu nawet imię - Daniel. Rozmawiał z nim, grał w warcaby, a zdarzało się, że spał na podłodze, bo rezerwował dla tego drugiego miejsce w łóżku.

- Rodzice w końcu stwierdzili, że to poważna sprawa - zdradza. I tak w wieku dziesięciu lat doczekał się wymarzonego braciszka. Akurat zaczytywał się w "Niekończącej się historii". Starał się wymusić na mamie i tacie, by dali maluchowi imię jednego z bohaterów książki - Atreju. Babcia uznała jednak, że nie brzmi to dobrze i ostatecznie młodszy brat Marcina został Sebastianem.

Ze względu na dużą różnicę wieku długo nie mieli o czym rozmawiać. Kiedy młodszy Prokop szedł do przedszkola, starszy był już nastolatkiem. Gdy Sebastian zaczynał pierwszą klasę, Marcin uczył się w liceum. Uważał się za humanistę, nie cierpiał matematyki, ale pod wpływem rodziców wybrał profil matematyczno-fizyczny, a potem studia finansowe.

Ostatecznie stwierdził jednak, że praca w korporacji, za biurkiem, to nie jego bajka. Został szefem promocji w wydawnictwie Machina Press, potem redaktorem naczelnym pisma. Zamieszczał felietony też w innych gazetach, ale ostatecznie upomniała się o niego telewizja. Dzięki niej stał się znany. Dziś prowadzi też różne imprezy i eventy. Na scenie uchodzi za showmana, prywatnie jest introwertykiem.

- W domu lubię się wyciszyć. To jest dla mnie miejsce naładowania akumulatorów, przestrzeń na wyhamowanie i wyjście ze światła reflektorów - przyznaje dziennikarz. Dodaje, że lubi się wręcz zamknąć w swojej skorupie. Pod tym względem jest przeciwieństwem żony, Marysi Prażuch. Ona wychowała się w domu otwartym i taki chciała stworzyć.

Z Marcinem różni ją też stosunek do ludzi. On jest z natury sceptyczny, nie wierzy w bezinteresowną dobroć. Ona otacza się gronem znajomych i przyjaciół. Dziennikarz dzięki Marysi zmienił się, stał się bardziej ufny. Wspólnie wychowują 12-letnią córkę Zosię, która z charakteru nieco przypomina tatę. Dziennikarz lubi mieć przemyślaną każdą decyzję. Nawet na ślub zdecydował się, gdy córka miała już pięć lat. Aby uniknąć mediów, pobrali się z jej mamą w Portugalii.

Jedną z najbliższych mu osób jest brat Sebastian. Dogadują się świetnie - Marcin już dawno przestał go traktować jak dzieciaka. Dostrzegł w nim partnera, na którym może polegać. Powierza mu wiele swoich zawodowych spraw, bo wie, że niczego nie zawali. Jest pewien, że to człowiek o podobnej jak on wrażliwości - w końcu wychowali się pod jednym dachem.

- Rozumiemy się w pół słowa, mamy ze sobą silną więź, która w ostatnich latach się pogłębiła - wyznaje Marcin. Sebastian poszedł w jego ślady, skończył dziennikarstwo. Pracuje w zawodzie, ale jest też menedżerem i konferansjerem. Jakiś czas temu założyli we dwóch firmę i prowadzili imprezy. Postanowili zmienić stereotyp, że z rodziną wychodzi się dobrze tylko na zdjęciach i zrealizowali wspólny projekt.

- Czy wyobrażałeś sobie kiedyś łącznie cztery metry prowadzącego na Twojej imprezie? Gdyby jednego Prokopa było mało, teraz jest nas dwóch! - przekonywali potencjalnych klientów. W ubiegłym roku z okazji 40. urodzin Marcin wybrał się na miesięczną wyprawę po USA. Wziął ze sobą brata, który wcielił się w rolę operatora. Uwieczniał ich szlaki, przeżyte po drodze przygody. Spędzili piękne chwile. Wzruszające jak te pierwsze, gdy mama przyniosła małego Sebastiana do domu.

***

Zobacz więcej materiałów:

Dowiedz się więcej na temat: Marcin Prokop

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje