Reklama

Reklama

Reklama

Bożena Dykiel: W mojej rodzinie nie było rozwodów

Wiedziała, że męża wybiera na całe życie, na dobre i na złe. Postawiła rodzinę na pierwszym miejscu, bo dom to miejsce, które daje jej siłę.

"Zawsze pamiętałam, że aktorstwo nie wypełni mi całego życia. Ja nie muszę grać, choć kocham ten zawód" - tłumaczy Bożena Dykiel (70 l.). Cieszy się, że kiedy wraca do domu, czeka na nią ukochany mąż, o którym mówi: "pan Rysio". Wie, że mile spędzą razem kolejny wieczór, patrząc na ogień wesoło trzaskający w kominku.

W ich domu w Puszczy Kampinoskiej panuje atmosfera, jaką zapamiętała z dzieciństwa. Mama Bożeny Dykiel, urodziwa wdowa z dwójką dzieci pochodząca z Kresów, spotkała przyszłego męża, krakowianina, w czasie okupacji. Zamieszkali w Warszawie, doczekali się dwójki potomstwa: Bożeny i Leszka. Żyło im się biednie, jak większości ludzi po wojnie, ale szczęśliwie.

Reklama

Bożenkę rozpierała energia. Ze swoją przyjaciółką Hanką dawała występy na podwórku - śpiewały i tańczyły, udając baletnice, a sąsiedzi znosili im podarki. Już wtedy dał o sobie znać jej talent komiczny. - Pół kamienicy siedziało w oknach i pękało ze śmiechu - wspomina tamte chwile.

Spódniczki z krepiny, w których występowały, szyły same. Podobnie jak lalki z gałganków, bo o prawdziwych zabawkach mogły tylko pomarzyć. Po podwórku Bożenka mogła hasać aż do zmierzchu. Gdy była głodna, a nie chciało jej się wbiegać na trzecie piętro, mama zrzucała jej przez okno torebkę, w której krył się przysmak - chleb z masłem i cukrem.

Rodzice nauczyli ją zaradności. Jeśli chciała sobie kupić coś droższego, musiała na to sama zapracować. Kiedy zamarzył jej się aparat fotograficzny, podczas wakacji na wsi, które spędzała u babci, ustawiała snopki siana w miejscowym PGR.

Wybrała studia w szkole teatralnej. Miała duże powodzenie. Uchodziła za najpiękniejszą na roku, wielu kolegów zabiegało o jej względy. Ale ona nie chciała męża aktora. - Dwa grzyby w barszczu to za dużo - powtarza. Nie interesowały jej przelotne miłostki. Szukała takiego partnera, z którym mogłaby się zestarzeć. Tak już została wychowana.

- Pewne zasady wynosi się z domu. W mojej rodzinie nie było rozwodów. I ja wiedziałam, że jak wybieram, to na całe życie, na dobre i na złe - podkreśla w wywiadzie dla "Kobiety i Życia". Dlatego zwlekała z założeniem obrączki. Musiała być pewna. - Męża nie bierze się pierwszego z brzegu, tylko trzeba znaleźć chłopaka, który będzie odpowiednim ojcem dla moich dzieci - wyjaśnia.

Czytaj dalej na następnej stronie

Przyszłego towarzysza życia poznała... w Japonii. Oboje wyjechali tam zawodowo. Ryszard Kirejczyk, kierownik produkcji, pracował na planie filmu, ona w nim grała. Troskliwie opiekował się aktorką, której słowiańska uroda budziła podziw. Szybko odkryli, jak wiele ich łączy. Narodziło się uczucie. - Od razu gdy go poznałam, poczułam, że mogłabym mieć z nim dom - zwierzała się.

Wspólnie spędzone lata pokazały, że intuicja jej nie zawiodła. Doczekali się dwóch córek: Marii i Zofii. Ukochany nigdy jej nie rozczarował. - Jest konkretny, odpowiedzialny. Zawsze miałam w nim oparcie. Dla niego najważniejszy jest, podobnie jak dla mnie, dom - opowiada.

Pytana o receptę na udany związek, mówi, że potrzebna jest umiejętność godzenia się po kłótniach. - Sprzeczki są nieuniknione. Nie ma takich relacji, gdzie wszystko idzie jak po maśle i jest słodzone miodem - przekonuje. Na szczęście oni potrafią się godzić. A aktorka, choć słynie z temperamentu, stara się być dyplomatką.

- Pilnuję się, by nie powiedzieć za dużo. Mężczyźni zazwyczaj nie lubią, gdy się ich krytykuje. Zwracasz mu uwagę o drobiazg, a dla niego ta uwaga jest jak cios prosto w serce - opowiada. Dla ukochanego stara się dobrze wyglądać, sporo ćwiczy. - Głównym odbiorcą mojej urody jest mój mąż. Lubię jak Rysio wodzi za mną okiem, to znaczy, że nie jest źle - śmieje się gwiazda.

Choć propozycji zawodowych jej nie brakuje, postanowiła mniej pracować. Po to, by mieć więcej czasu dla bliskich. Uwielbia zajmować się wnukami. Ma ich czworo: dwóch chłopaków i dwie dziewczynki. Gdy odwiedzają dziadków, już do progu domagają się naleśników - nikt nie robi takich dobrych jak babcia. Po to, by im dogadzać, latem i jesienią przygotowuje przetwory.

Lubi zajmować się domem. Celebruje wspólnie spędzane chwile, gdy przy stole zasiada cała rodzina. Już się cieszy na nadchodzące święta Bożego Narodzenia. Będą podobne do tych w jej domu rodzinnym. Gwiazda piecze pasztet z królika - w jej dzieciństwie brat mamy, który był leśniczym, przyrządzał go z zająca. Sama kisi barszcz według przepisu teściowej. Podobnie jak jej mama, pochodzi z Kresów.

W domu, tak samo jak w czasach jej dzieciństwa, koniecznie musi być jemioła. - Kupuję największą, jaka jest, zawieszam wysoko pod sufitem. Starą zawsze palimy w kominku, pozbywając się kłopotów z poprzedniego roku - mówi. Z niecierpliwością czeka na chwilę, gdy będą siedzieć razem w pachnącym igliwiem i świecami domu, cieszyć się bliskością i do nocy słuchać kolęd.

***

Zobacz więcej materiałów z życia gwiazd:


Dobry Tydzień
Dowiedz się więcej na temat: Bożena Dykiel

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy