Przejdź na stronę główną Interia.pl

Reklama

Reklama

Reklama

Anna Powierza: Śmierć mamy była jak zderzenie z tirem. Niewiele ze mnie zostało

Anna Powierza (40 l.) pod koniec grudnia 2018 r. pożegnała mamę Świetlanę, która przegrała walkę z rakiem. Aktorka nadal nie może pogodzić się z jej śmiercią. We wzruszającej rozmowie wspomina najważniejszą osobę w swoim życiu.

Pewnie trudno ci pogodzić się z odejściem najbliższej osoby.

- Nie wiem, czy kiedykolwiek się pogodzę. Mama była moją najlepszą przyjaciółką, ostoją na dobre i na złe dni. Nie spodziewałam się, że tak szybko odejdzie. Byłam pewna, że wygra walkę z chorobą, do końca wierzyłam. Wszystko potoczyło się zbyt szybko...

Kiedy z bratem dowiedzieliście się o chorobie?

Zaraz po tym, jak mama wyczuła na piersi guzek. Zadzwoniła do mnie i powiedziała, że musi to zbadać. Była lekarzem laryngologiem, poszła do najlepszych specjalistów. Po diagnozie przeszła operację wycięcia guza i wszyscy myśleliśmy, że sprawa jest załatwiona.

Reklama

Ale tak się nie stało...

- Niestety, po roku nastąpił nawrót choroby. Rak zaatakował kości oraz inne narządy. Mimo to wciąż wierzyłam, że mama pokona chorobę. Kto, jak nie ona. Była silną kobietą, na pewno silniejszą ode mnie. Podziwiałam ją, że nawet w najtrudniejszych momentach potrafiła uśmiechnąć się i powiedzieć: "będzie dobrze". 

Wychowywała was samotnie...

- Nie do końca. Rodzice rozwiedli się, gdy byłam już dorosła, bo miałam 25 lat. Ale taty często nie było w domu. Pracował jako informatyk na zagranicznych placówkach. Mama ze wszystkimi obowiązkami radziła sobie sama: domowe obowiązki, nasze szkolne sprawy, praca. Nigdy nie narzekała, dzielnie rozwiązywała wszystkie problemy. Gdy tata wrócił na stałe do Polski, relacje między nimi były bardzo dobre, ale postanowili się rozwieść. Potem on założył swoją rodzinę.

W czasie choroby mamy nie dałaś po sobie poznać, że coś dzieje się w twoim życiu. Pracowałaś, uśmiechałaś się.

- Nie chciałam o tym opowiadać publicznie. To były zbyt duże emocje. Miałam wtedy naprawdę dużo pracy, to chyba pomogło mi przejść przez te trudne chwile. Bałam się, ale wierzyłam, że będzie dobrze. Przy mamie nigdy nie płakałam zresztą. Dopiero gdy wychodziłam od niej, rozklejałam się. Mama mieszkała niedaleko mnie, z moim bratem. 

On opiekował się nią na co dzień?

- Tak. Miała również opiekę z cudownego hospicjum św. Krzysztofa, pomagali nam naprawdę niesamowici lekarze i pielęgniarki, wspaniali ludzie. Pomagali mamie, ale też potrafili stworzyć taką atmosferę, że i mnie było lżej na sercu. Pod koniec mama nikła już w oczach, a ja nie mogłam zaakceptować tego, że z tak energicznej, świetnie sobie radzącej kobiety niewiele zostało. Mama była do końca świadoma, wiedziała co się z nią dzieje. Była pogodna i uśmiechnięta. 

Czytaj dalej na następnej stronie...

Przygotowywała cię na swoje odejście?

- Nie rozmawiałyśmy o śmierci za dużo. Myślę, że i dla mnie, i dla niej to było zbyt trudne. Tylko raz, kiedy wybrałyśmy się do parku, zamyśliła się i wyznała, że być może jesteśmy tu razem ostatni raz.

Twoja córka odwiedzała babcię?

- Nie izolowałam Helenki od babci. Córka dawała zresztą mamie wiele radości. Helenka jest do niej bardzo podobna - poukładana, elokwentna, typ damy, przywiązującej wagę do tego, jak wygląda. Do tego obowiązkowa, nie lubiła się spóźniać. Snułyśmy plany, że to mama będzie z Helenką buszować po sklepach, wybierać sukienki, bo ja jestem inna. Często działam bez planu, do szczęścia potrzebuję kilka sukienek, najlepiej czuję się w dresach.

A co powiedziałaś Helence, gdy mama odeszła?

- Prawdę, że babcia jest już w niebie i teraz będzie stamtąd nad nami czuwać. Helenka była na pogrzebie i chyba zniosła to pożegnanie lepiej niż ja. Bo moja bezradność i żal po stracie mamy przerodziła się w złość na wszystkich, na cały świat. Zderzenie ze sprawami ostatecznymi było jak zderzenie z tirem. Niewiele ze mnie zostało.

Czytaj dalej na następnej stronie...

W pożegnalnym wpisie napisałaś o mamie: Nikt nie będzie wierzył we mnie mimo wszystko i najbardziej... Nie pogłaszcze, gdy świat jest zły i nie będzie przekonany, że i tak jestem najpiękniejsza i najmądrzejsza.

- Wiesz pewnie, że moje życie osobiste układało się różnie. Mam za sobą nieudane związki, walkę z depresją, z otyłością czy samotne macierzyństwo. A mama zawsze wtedy ze mną była. Przychodziłam, dzwoniłam, płakałam, przytulałam się, żaliłam na zły los. A ona cierpliwie słuchała. Radziła, ale nigdy nie krytykowała. Pomagała, ale nie wpływała na decyzje. Po prostu przy mnie była. Kiedy czasem spotykam jakąś koleżankę mamy, od razu opowiada mi, jaka była ciepła, serdeczna.  

Najtrudniejszym momentem po stracie bliskiej osoby jest uporządkowanie jej rzeczy. Zrobiłaś to?

- Nie, to jeszcze nie ten moment. Na razie staram się jakoś to sobie poukładać w głowie. Przez ostatnie miesiące pochłonęło mnie pisanie książki. Szkoda tylko, że mama już jej nie przeczyta. Wiem, że byłaby dumna. 

Rozmawiała: Aleksandra Jarosz

Świat & Ludzie

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Nie przegap
najgorętszych
plotek!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie. Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj Pomponik.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »