Przejdź na stronę główną Interia.pl

Reklama

Reklama

Reklama

Anna Nowak-Ibisz: Dramat rodzinny odmienił jej relacje z byłym mężem!

Dziennikarka, osoba aktywna i spełniona. Anna Nowak-Ibisz (53 l.) to również kobieta wielu pasji i... tajemnic. Gwiazda żałuje, że nie udało jej się ocalić małżeństwa. W rozmowie z "Dobrym Tygodniem" wyjawia, jak dziś wyglądają jej relacje z Krzysztofem Ibiszem (55 l.)...

Dobry Tydzień: Bycie rodzicem jest dużym wyzwaniem. Z czym mierzysz się jako mama?

Anna Nowak-Ibisz: - Z różnymi emocjami, burzami, problemami właściwymi dla wieku syna. Z uwagi na swoją pracę odstaję od obrazu stereotypowej matki, jestem odrobinę szurnięta (uśmiech). Pozwalam na wiele rzeczy i choć teraz trochę kwoczę, często słyszę od Vincenta: „Ty to jesteś fajna”. Wychowałam się z chłopakami i doskonale ich rozumiem. Otwarcie mówię: „To jest normalne, to robił twój dziadek, pradziadek i to jest normalny etap, chłopcy tak mają, tym się interesują”. To daje poczucie bezwarunkowej akceptacji, potrzebnej każdemu, w szczególności nastolatkowi.

Reklama

Czy syn angażuje Cię w swoje sprawy?

- Na szczęście tak. To ważny moment, którego nie można przegapić. Nie wolno powiedzieć: „Nie”, „Jestem zajęta”, „Przestań wymyślać!”. Każda próba przybliżenia mi tego, co go interesuje, jego świata, jest też poznawaniem innego, do którego ja już nie będę należeć. Ale przynajmniej będę blisko. Oni uchylają nam te drzwi i to jest fajne, że możemy z tego korzystać. To wspaniałe, że jesteśmy tam zaproszeni i to należy docenić. Rzucić w pierony wszystko, co mamy teraz w domu do zrobienia – i nasze filmy, i nasze gotowanie. Chociaż, pranie wstawiam, bo mam jednak ten gen perfekcyjnej pani domu, za długo mieszkałam w Niemczech (śmiech). Matki samodzielne, bo nie lubię słowa „samotne”, muszą być obojgiem rodziców, babcią, ciotką.

Czy w tym niełatwym, jakby nie było wychowaniu dziecka, możesz liczyć na pomoc taty Vincenta?

- Oboje pracujemy w branży, w której nie ma wyznaczonych sztywnych ram czasowych. Krzysiek jest bardziej zajęty, może sobie na to pozwolić, bo jednak to ja jestem głównym opiekunem Vincenta. Części samodzielnych mam i ojców wydaje się, że dziecko jest przecież na tyle duże, że sobie poradzi, przyjdzie po szkole, odgrzeje sobie obiad, odrobi lekcje. Ale każdy, kto wychowywał się z jednym rodzicem, niech sobie przypomni, jak smutne i dziwne było wchodzenie do pustego domu, gdzie nic się nie gotowało, nie grało radio i otaczała nas obezwładniająca cisza. Ilekroć jestem zajęta dzień po dniu, zawsze pada pytanie: „A dzisiaj gdzieś wychodzisz?”, „A o której będziesz?”. Nie można powiedzieć, że odchowałam dziecko i teraz mogę poświęcić się karierze, dajmy na to wziąć udział w jakimś reality show.

Miałaś takie propozycje?

- Tak. Vincent skończył dziesięć lat, kiedy zaproponowano mi udział w „Azja Express”. Najważniejszy jest jednak komfort dziecka i matki, a ja nie miałam z kim zostawić syna na miesiąc. To nie jest krzesło, które można wsunąć pod byle jaki stół, więc bez żalu odmówiłam. Wiem, co jest dla mnie ważne. Gdyby cokolwiek miało mnie zabrać za rok czy dwa, bo przecież ludzie umierają w różnym wieku, i padłoby pytanie, czy żałuję, że nie zrobiłam kolejnego programu, nie wzięłam udziału w „Azji Express”, moja odpowiedź brzmiałaby „Nie”. Bo byłam ze swoim dzieckiem.

Program „Pani Gadżet” prowadzisz niemal dekadę. Czy brałaś w ogóle pod uwagę tak długą podróż zawodową?

- A skąd! Myślałam, że nakręcimy jeden, dwa sezony i nasz format przestanie być dla widza atrakcyjny. Podobnie było z moim udziałem w „Tańcu z Gwiazdami”. Miałam nadzieję, na jeden, dwa odcinki, a zatańczyłam w ośmiu (uśmiech). Po tylu latach stałam się dla widzów ich Anką, ich Panią Gadżet i przyjaciółką domową.

Czy z byłym mężem można się kolegować?

- Czasami to lepsza opcja niż bycie jego żoną (uśmiech). Nie było nam w życiu pisane bycie małżonkami, natomiast w roli kumpli i rodziców doskonale się odnajdujemy. Wiele zależy, od tego w jakich okolicznościach się spotykamy, jaki jest nasz fundament. My poznaliśmy się, kiedy Krzysiek miał 17, a ja 16 lat w Ognisku Teatru Ochoty prowadzonym przez państwa Machulskich. Zaczynaliśmy jako kumple, dzielący pasję do teatru i podobny los. Krzysiek miał rozwiedzionych rodziców, ale mieszkał z mamą, mnie z kolei wychowywał tata, bo mama zmarła kilka lat wcześniej.

Wzruszające było to, jak wspierałaś byłego męża po śmierci jego ojca.

- Tatę Krzysiek przedstawił mi, gdy miałam 16 lat. Nasi ojcowie, czyli Władek i Marian, doskonale się znali i raz jeszcze powtórzę, że to był mocny fundament, który pozwolił nam niejedno przetrwać. Zawsze powtarzam synowi „Pamiętaj, Vincent, może się nie widujecie, różnie bywa, ale musisz wiedzieć jedną rzecz, że gdyby cokolwiek ci się stało, to twój tata poruszy niebo i ziemię, żeby ci pomóc, żeby cię znaleźć. On zrobi wszystko, co w jego mocy, żeby było ci dobrze. Może być zajęty, zapracowany, ale w sytuacjach kryzysowych jest nieoceniony”.

Wspólna przeszłość sprawia, że pozostajecie sobie bliscy.

- Myślę, że trudne momenty w życiu weryfikują nasze przyjaźnie. Czasem każdy z nas potrzebuje kogoś, do kogo może zadzwonić w środku nocy, powiedzieć, że jest mu źle i nie usłyszeć w słuchawce: „Przestań, będzie dobrze”. Niekiedy, niestety, to po prostu niemożliwe. Sama przez to przechodziłam, bo bardzo młodo straciłam mamę. Długo chorowała i odeszła, jak byłam jedenastolatką. Tatę pochowałam, gdy miałam trzydzieści trzy, więc wiem, jak to jest, kiedy traci się kogoś ważnego. Napisałam Krzyśkowi, że nasz dom jest także jego domem, więc jeśli czuje się samotny, to zawsze może do nas przyjść. I przyszedł.

***

Rozmawiała:

Ola Siudowska

Dobry Tydzień
Dowiedz się więcej na temat: ibisz

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Nie przegap
najgorętszych
plotek!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie. Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj Pomponik.pl lub zobacz instrukcję »
Nie, dziękuję. Wchodzę na Interię »