Przejdź na stronę główną Interia.pl

Reklama

Reklama

Kamil Sipowicz wciąż nie pogodził się ze śmiercią Kory. "Wszystko zostawił tak, jak było"

W pierwszą rocznicę śmierci artystki jej mąż we wzruszających słowach opowiedział o tym, jak bardzo mu jej brakuje. Każdy dzień to dla niego wyzwanie, gdy musi zmierzyć się z bólem rozstania. Ostatnio Kamil Sipowicz (66 l.) zdobył się na piękny gest...

- Czas niczego nie leczy. Wręcz odwrotnie. Im dalej, tym gorzej. Na początku człowiek posiada jakiś mechanizm obronny, nie docierają do niego rzeczy, które się wydarzają. Potem przestaje to działać. Nikogo nie będę pocieszał, bo nie ma pocieszenia - mówi Kamil Sipowicz), mąż Kory, o niezwykle trudnym dla niego roku spędzonym bez swojej ukochanej, o pustce i przejmującej tęsknocie.

Reklama

Artysta nie ukrywa, że gdyby nie praca, nie wie, czy dałby radę wstać z łóżka. To ona trzyma go przy życiu. - Kamil robi wszystko, by pamięć o wokalistce się nie zatarła. Uważa, że jest to winien zarówno Korze, jak i jej fanom - mówi "Na Żywo" osoba z jego środowiska. 

W czerwcu zorganizował wystawę Madonn oraz zdjęć "Kora nieoczywista", a jesienią planuje wydać niepublikowane wiersze żony "Ściana szklanych, purpurowych serc". Co więcej, powołał też Fundację Kory, jest mocno zaangażowany w prace nad filmem fabularnym i dokumentalnym o artystce. 

Pomysł ich nakręcenia pojawił się już w ubiegłym roku, ale wtedy Sipowicz go storpedował. Teraz wydaje się być na to gotowy. Co nie znaczy, że okres żałoby ma już za sobą. 

Odkąd odeszła, czas się dla niego zatrzymał. Widać to po mieszkaniu na warszawskich Starych Bielanach, które przez ostatnie 18 lat było ich wspólnym azylem, i pięknej drewnianej chałupie z ogrodem na Roztoczu, gdzie chętnie uciekali przed gwarem stolicy. W obu wszystko wygląda tak jak za życia gwiazdy. 

- Nic nie zmieniłem. Nawet pantofle Kory, takie kapcie przywiezione z Grecji, stoją w tym samym miejscu, gdzie ona je postawiła - opowiada Kamil. 

- Wszystko zostawił tak, jak było. Nie chce stracić tej iskierki nadziei, która wciąż pozwala mu wierzyć, że za chwilę drzwi się otworzą i wejdzie przez nie roześmiana Kora. Taką ją zapamiętał. Wiele by dał, aby móc z nią porozmawiać, przytulić się, napić się kawy... - mówi źródło tygodnika. 

Czasami doświadcza wręcz mistycznych przeżyć. Niedawno przejeżdżał przez miejscowość Gniewczyna na Podkarpaciu, przez którą jeździł z Korą do szpitala w Zakopanem. 

- Intensywnie myślałem o Korze, bo któregoś razu strasznie się tam pokłóciliśmy. Raptem GPS skierował mnie do centrum miasteczka. Chwilę później, zupełnie nie wiem, dlaczego miałem wrażenie, że Kora też o tej Gniewczynie myśli - zdradza Sipowicz. I dodaje: "Włączyłem przypadkową stację, to była katolickie radio Fara. Jakaś młoda poetka pięknym głosem mówiła wiersz i padło tam zdanie "nie wierzcie do końca śmierci". 

I on nie wierzy. W trudnych chwilach, których wciąż nie brakuje, przypominają mu się słowa żony. Byli tak mocno ze sobą związani, że marzyła o tym, by umarli razem, w tej samej chwili, żeby żadne z nich nie cierpiało samotności. Los zdecydował inaczej. Kory już nie ma, a on każdego dnia mierzy się z bólem rozstania. 

***
Zobacz więcej materiałów:

Na żywo

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Kamil Sipowicz | Kora

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje

Nie przegap
najgorętszych
plotek!
Odblokuj reklamy i zyskaj nieograniczony dostęp do wszystkich treści w naszym serwisie. Dzięki wyświetlanym reklamom korzystasz z naszego serwisu całkowicie bezpłatnie, a my możemy spełniać Twoje oczekiwania rozwijając się i poprawiając jakość naszych usług.
Odblokuj Pomponik.pl lub zobacz instrukcję »