Damian Glinka w noworocznym wydaniu "Familiady"
Program "Familiada" nadawany jest już od trzech dekad. Przez ten czas wystąpiło w nim tysiące osób, które nie są znane z pierwszych stron gazet. Od czasu do czasu TVP publikuje odcinki specjalne teleturnieju, w których występują osoby znane.
Do odcinka noworocznego zaproszono m.in. dziennikarzy pracujących w serwisach i portalach internetowych, a wśród nich znalazł się reporter Pomponika, Damian Glinka.
Poprosiliśmy go więc o podzielenie się wrażeniami. Dziennikarz zdradził m.in., skąd pomysł na jego udział w "Familiadzie".
"Pomysł zaproszenia nas do programu wyszedł od żony Karola, która zajmuje się PR-em teleturnieju. Podczas jednego ze spotkań prasowych na planie Gosia stwierdziła, że wywiady z prowadzącym będą znacznie ciekawsze, jeśli sami weźmiemy udział w programie. Miała rację, bo bycie uczestnikiem daje wiele nowych tematów do rozmowy. TVP przystała na jej pomysł i skompletowała drużyny. Mnie przypadła rola głowy rodziny, ponieważ byłem jedynym chłopakiem w drużynie. Mogę zdradzić, że nie zawsze podejmowałem słuszne decyzje" - powiedział.
Damian Glinka bez ogródek wyznał, iż uczestnicy nie mogli liczyć na żadną taryfę ulgową.
"Niestety nikt nam niczego nie ułatwił. Wszystko odbywało się dokładnie tak samo, jak w standardowych odcinkach. Pytania były pilnie strzeżone - próbowaliśmy coś wyciągnąć od osób związanych z programem, jednak nikt nie chciał zdradzić żadnych szczegółów. Co ciekawe, pytania do odcinka zna zaledwie kilka osób na planie. W ten sposób minimalizuje się ryzyko wycieku. Jedyną różnicą w porównaniu z normalnym odcinkiem był czas nagrania. Standardowo realizacja trwa około półtorej godziny, natomiast w naszym przypadku zajęło to ponad dwie godziny. Wynikało to z faktu, że Karol znał wszystkich uczestników, a rozmowy z nimi wyjątkowo dobrze się kleiły" - usłyszeliśmy.
Wynagrodzenie i kącik muzyczny
Damian Glinka zdradził również, czy on i pozostali uczestnicy dostali wynagrodzenie za udział w programie.
"Odcinek, w którym braliśmy udział, był odcinkiem specjalnym, z którego cała wygrana trafiała na cele charytatywne. Mimo to TVP podeszło do sprawy bardzo uczciwie i zaproponowało nam drobne wynagrodzenie za udział w programie. Można je potraktować raczej jako zwrot kosztów związanych z transportem, stylizacją i poświęconym czasem. Nie była to duża kwota, ale zawsze miło. Co ciekawe, nikt z nas się tego nie spodziewał, bo byliśmy przekonani, że wystąpimy całkowicie za darmo" - powiedział.
Podzielił się także wrażeniami z kącika muzycznego: "Ponieważ brałem udział w finale jako drugi uczestnik, miałem okazję trafić do kącika muzycznego, który znajduje się za drzwiami hali nagrań. W środku czeka kamera, krzesło oraz szczelne słuchawki. Do kącika wchodzi się w towarzystwie opiekuna, który pilnuje, aby podczas gry pierwszego zawodnika nie zdejmować słuchawek. Co ciekawe, w momencie rozpoczęcia odpowiadania na pytania finałowe muzyka jest dodatkowo podkręcana. Podczas mojej wizyty w tym ikonicznym miejscu leciał polski repertuar. Wszystko odbywało się uczciwie - nie było możliwości niczego podsłuchać".
Nie mogło zabraknąć również wzmianki na temat prowadzącego. Jakie więc wrażenie zrobił na nim Karol Strasburger?
"Karol był chyba największym zaskoczeniem tego specjalnego odcinka 'Familiady'. Na plan przyszedł prawie 30 minut przed rozpoczęciem nagrania, żeby z każdym chwilę porozmawiać i rozluźnić atmosferę przed rozgrywką. Jak się okazało, nie była to wyjątkowa sytuacja - podobnie zachowuje się również podczas standardowych odcinków. Robi to po to, by wytworzyć chemię, która później jest wyczuwalna na ekranie. Karol jest bardzo serdeczną osobą i doskonale zna się na swojej pracy" - wyznał.








