Przejdź na stronę główną Interia.pl

Ewa Błaszczyk: Córka aktorki coraz bliżej wybudzenia? Jest przełom

Ewa Błaszczyk (61 l.) nie kryje radości. U przebywającej w śpiączce od 17 lat córki Oli (23 l.) pojawiła się poprawa. - Jest lepsze ukrwienie mózgu - mówi aktorka.

Kiedy w maju ubiegłego roku Aleksandra Janczarska została poddana nowatorskiej operacji wszczepienia stymulatora mózgu, Ewa Błaszczyk była pełna wiary. Jednak starała się powstrzymywać emocje i być ostrożna.

Reklama

- Każdy człowiek ma indywidualny zapis losu. Ola ma swój. A jaki? To wie tylko Bóg. Będzie, co ma być - mówiła aktorka.

Od czasu zabiegu minął ponad rok i co jakiś czas pojawia się zmiana na lepsze. Ostatnia jest dla Ewy kolejną iskierką nadziei na wybudzenie córki ze śpiączki.

- Poprawiło się ukrwienie mózgu - mówi w rozmowie z "Dobrym Tygodniem". - Ale na razie objawia się to jedynie w badaniach. Czekamy, kiedy przełoży się na zmiany widoczne gołym okiem.

Aktorka cieszy się, bo to kolejny krok Oli w kierunku zdrowia. Lepsze ukrwienie mózgu wymogło póki co zmiany w rehabilitacji dziewczyny. Teraz w większym stopniu ćwiczone są dłonie pacjentki. - Trzeba czekać i być cierpliwym. Kropla drąży skałę - mówi Ewa Błaszczyk.

Ola pozostaje w śpiączce od maja 2000 roku. Przed operacją, którą przeprowadzili polscy chirurdzy pod nadzorem japońskich specjalistów, Aleksandra pozostawała w stanie minimalnej świadomości. Błaszczyk dowiedziała się o pionierskiej metodzie leczenia i sprowadziła do kraju ekspertów z zagranicy. Japończycy mają na swoim koncie doskonałe wyniki. Nawet 60 procent pacjentów po wszczepieniu stymulatorów wybudzało się.

- Ta metoda to jest to, co świat ma jeszcze do zaoferowania - mówiła z nadzieją Ewa. Po raz pierwszy odetchnęła z ulgą, kiedy po procedurze zobaczyła twarze lekarzy. Wiedziała, że zabieg się udał. Decydujące były pierwsze tygodnie.

Otuchy dodawał fakt, że osoby, które były operowane w tym samym czasie, co córka Ewy, odzyskały świadomość. U Janczarskiej poprawa była minimalna.

- Ola nie jest takim pacjentem jak pozostali, którzy są najdalej 2 lata od urazów. Jednak dyskretne zmiany obserwuję. Mam taki specjalny zeszyt, w którym zapisuję to, co się ewidentnie powtarza. Niedawno siedmiokrotnie powtórzyło się coś takiego, że na moją zdecydowaną prośbę przekręcała głowę, choć dużo to ją kosztowało. Tych wpisów nie ma wiele, ale wszyscy mamy wrażenie, że jest tak jakby bliżej, bliżej nas, bliżej naszej rzeczywistości, niż tamtej, w której przebywała. Trochę lepiej trzyma głowę, reaguje na dźwięki, na mój głos - wymieniała Błaszczyk dwa miesiące po zabiegu.

W styczniu odnotowała: "Ola otwiera oczy, sama je i reaguje na dźwięki. Ustąpiły też przykurcze u rąk i nóg, ale to jeszcze nie jest pełne wybudzenie".

Za każdym razem podkreśla, że potrzebny jest czas i cierpliwość. Kiedy tej ostatniej brakuje, przy aktorce pojawia się druga córka, bliźniaczka Aleksandry. - Cały czas jest ze mną Mania. To bardzo dla mnie ważne. Potrafi mnie naładować dobrą energią, postawić do pionu. Jest ze mną przy Oli i to wszystko dzieje się bez jakichś wielkich rozmów, że coś się stanie albo nie stanie. Rozumiemy się bez słów - podkreśla gwiazda.

Marianna Janczarska (23 l.) poszła w ślady mamy i uczy się w szkole teatralnej. Wystąpiła z Ewą w jednym z ostatnich recitali "Pozwól mi spróbować jeszcze raz" opowiadającym o życiu Błaszczyk, długiej walce o powrót do zdrowia Oli.

To dla siostry w przedstawieniu wyreżyserowanym i napisanym przez mamę zaśpiewała Marianna. Dziś niewiele pamięta ze wspólnego dzieciństwa, ale dnia, w którym bliźniaczka się zakrztusiła nigdy nie zapomni.

- Byłyśmy chore, brałyśmy tabletki na przeziębienie. Mama rozmawiała z naszą cioteczną siostrą przez telefon. I nagle, w sekundę widzę, że Ola zaczyna się dusić. Do końca nie zorientowałam się, o co chodzi. Że zakrztusiła się tą głupią tabletką. Mama ją złapała, próbowała z niej wyrzucić lekarstwo. A potem krzyczała, wybiegła z domu z Olą na rękach - wspomina.

Marianna była pewna, że siostra wyzdrowieje i będą się bawić jak wcześniej. - Jeździłam z mamą do szpitala, Ola leżała taka biedna, strasznie krzyczała. A mnie wydawało się, że za chwilę wszystko będzie dobrze. Wyleczą ją i wróci do domu - mówi.

Wypadek wydarzył się w bardzo trudnym dla rodziny momencie. Sto dni wcześniej Ewa straciła męża, a dziewczynki ojca, Jacka Janczarskiego (†55 l.).

Aleksandra od pierwszego dnia choroby otoczona jest troskliwą opieką i miłością. Ewa, która prowadzi klinikę "Budzik" i fundację "Akogo?", doskonale zna problem ludzi pogrążonych w śpiączce.

- Najważniejsza jest więź, żeby kogoś kochać, bo taka osoba musi mieć powód, żeby wrócić do tego świata. Bo podobno, jak niektórzy opowiadają, tam jest bardzo fajnie - podkreśla.

Aktorka robi wszystko, żeby odzyskać córkę. Już ma w planach kolejny nowatorski zabieg. W tym roku chce sprowadzić ekspertów od komórek macierzystych, które budują nowe połączenia neuronowe. Ewa obserwowała w swojej klinice wiele wybudzeń i wie, czego się spodziewać.

- Na pewno nie jest tak jak w filmach, pstryk, światło się gasi, zapala, biegamy, skaczemy przez płotki. Tak nie ma. Jest to bardzo ciężka praca i proces - mówi. Jednak, kiedy już się uda, to zawsze jest wielka radość.

- Odzyskane życie, świadomość i dla tego kto się wybudza, i dla jego rodziny, stanowi kompletnie nową jakość i nową wartość - mówi. Czy w przyszłości to szczęście stanie się także jej udziałem? Na pewno Ewa będzie walczyć do końca.

***

Zobacz więcej materiałów:

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje